RSS
poniedziałek, 10 grudnia 2018
Co pozostanie po Nowoczesnej?

 

Co pozostanie po Nowoczesnej po kolejnych wyborach parlamentarnych ? Być może nic lub kilkoro polityków rozsianych po różnych partiach, w tym głównie w PO.  Na naszych oczach rozpada się partia, czego przyczyną są głównie ludzkie ambicje i emocje oraz brak jednoznacznego obrazu tego, co partia miała wnieść na naszej scenie politycznej. Są tu i błędy (zależy z czyjej perspektywy to oceniać) polityki PO, ale to jest czynnik drugorzędny.

 

Nowoczesna weszła przebojem na polską scenę polityczną w 2015 r. To miała być nowa jakość w polityce i alternatywa dla PO. Pierwsze notowania powyborcze dawały Nowoczesnej wartości rzędu nawet 20% poparcia. Ale potem było już tylko gorzej. Oczywiście sondaże na poziomie 20% można określić jako dość emocjonalne i z natury rzeczy szybko podlegające korekcie. Obecnie Nowoczesna to już tylko kilka procent w sondażach. Można się spodziewać, że po odejściu grupy posłów Nowoczesnej do koła Koalicji Obywatelskiej i ogłoszeniu przez R.Petru rozkręcania nowego projektu politycznego, Nowoczesna zejdzie z popularnością do poziom partii Razem.

Nowoczesna była potwierdzeniem, że polska scena polityczna nie jest zabetonowana. Znienacka pojawiła się silna alternatywa dla PO. Inna rzecz, że ‘zabetonowanie’ to głównie wymysł komentatorów politycznych. Moim zdaniem, nie ma żadnego zabetonowania. Po prostu takich a nie innych wyborów dokonują Polacy.

Cześć Polaków była skłonna zamienić PO na Nowoczesną i dała tej ostatniej duży kredyt zaufania. Niestety politycy Nowoczesnej popełnili sporo błędów. Przede wszystkim od samego początku był problem z określeniem po co Nowoczesna chce być w polityce. W obawie o konfrontacje z polityką socjalną PiS i lewicowymi komentatorami, Nowoczesna, tak jak i inne partie opozycyjne, po kilku miesiącach zrezygnowała z prowadzenia medialnych sporów z PiS na polu makroekonomii i polityki społecznej. Nowoczesna miała szansę pokazać się jako partia wolnorynkowa, proponująca państwo solidarne na miarę naszych makroekonomicznych możliwości. Wejście na ścieżkę ostrzejszego sporu makroekonomicznego dałoby Nowoczesnej na pewno nie 20%, ale na przykład trwałe 10%. Przy racjonalnym programie państwa opiekuńczego nawet 15%.

Wejścia do polityki jako partia zastępująca PO miało szanse na powodzenie, pod warunkiem śmielszego działania polityków Nowoczesnej i błędów PO. tymczasem PO zaczęła odzyskiwać zainteresowanie i stawała się główną siłą walczącą z PiS.

Doceniam ogromny wysiłek grupy polityków Nowoczesnej w walce z państwem PiS i w obronie praworządności. Wydaje się jednak, że równocześnie część polityków tej partii czując swoją siłę, zaczęła grać solo. Z biegiem czasu w Nowoczesnej entuzjazm nakręcany świeżością opadał i pojawiały się ludzkie ambicje, emocje i napięcia.

Pierwszy odpadł R.Petru., założyciel Nowoczesnej. Jego gwiazda gasła, co szybko zaczęło odbijać się na sondażach. R.Petru zabrakło pokory i odszedł z Nowoczesnej po przegranych wyborach. Na szczęście dla tej partii, dość szybko pojawiły się w niej naprawdę niebanalne osobowości. Trzy kobiety. Cechowała je pracowitość, ambicja i polityczna sprawność. Stały się medialnymi ikonami Nowoczesnej. Chodzi o panie: Libnauer, Sheuring-Wielgus i Gasiuk-Pihowicz. Pojawiło się też kilka kolejnych osób (głównie mężczyźni), którzy zapełniali drugi plan. Wydaje się więc, że medialnych ‘twarzy’ Nowoczesnej nie brakowało.

Wizerunkowo, oprócz obrony praworządności, trudno określić o co Nowoczesna walczy. Postulaty ekonomiczne zeszły na drugi plan, a na pytanie dziennikarzy co politycy Nowoczesnej chcą robić, na ogół padają postulaty z obszaru regulacji aborcji, związków partnerskich, LGBT, poprawy jakości życia kobiet i obrona praworządności, itd.

Wejście do Koalicji Obywatelskiej uważam za bardzo odpowiedzialny ruch Nowoczesnej. Głównym celem jest teraz odsunięcie PiS od władzy. Wadą wejście do KO jest zatarcie różnic między PO i Nowoczesną. Sytuacja jest tym bardziej niezręczna, że Nowoczesna odniosła początkowy sukces bazując na ostrej krytyce PO. Niemniej zacieranie różnić, to raczej problem Nowoczesnej niż PO.

Wydaje się, że gwoździem do trumny Nowoczesnej jest niezrozumiałe przejście Kamili Gasiuk-Pihowicz z grupą posłów do klubu KO. Trudno to racjonalnie wyjaśnić. Nowoczesna prawdopodobnie straci status klubu i przedstawicielkę w prezydium sejmu. To już zepchnięcie do drugiej ligi i zdanie się na łaskę polityków PO. Słuchałem tłumaczeń K.Gasiuk-Pihowicz i, niestety, nie trafiłem na nic racjonalnego.

Przyjęcie grupy polityków z Nowoczesnej do klubu KO jest błędem polityków PO. Nie ma potrzeby istnienia takiego klubu. Nowoczesna nie jest od dawna zagrożeniem dla PO, a jej jak największa polityczna odrębność jest dużym atutem Koalicji Obywatelskiej. Niszczenie tej odrębności będzie w przyszłości zniechęcało polityków innych partii opozycyjnych do współpracy z PO w ramach KO.

Dawna Nowoczesna to teraz trzy grupy. Ludzie związani z inicjatywą Petru, Nowoczesna pod wodzą K.Lubnauer i grupa ludzi, która odeszła wraz K.Gasiuk-Pihowicz do klubu KO.  Czy formacja przetrwa ten kryzys? Obawiam się, że nie i że najprawdopodobniej nie zobaczymy Nowoczesnej po wyborach. Wiele zależy od odpowiedzialności polityków PO i tego jak oni ukształtują KO przez najbliższy rok. Jak na razie, w PO zagościł triumfalizm i chęć zdominowania głównego ugrupowania wchodzącego w skład KO.

 

00:25, kanapowy_obserwator
Link Komentarze (1) »
piątek, 07 grudnia 2018
J.Żyła będzie prała brudy. Tym razem cudze.

 

Taka i podobne zbitki słowne, informujące o nowym wyzwaniu życiowym Justyny Żyły, pojawiają się w tytułach medialnych. Program „Justyna Żyła. Pierzemy brudy do czysta!” ma być emitowany przez stację w Active Family TV. Justyna Żyła będzie pomagać zwaśnionym ludziom w zrozumieniu przyczyny sporu i osiąganiu porozumienia. Czy ma do tego predyspozycje i kompetencje, to inna sprawa lub …się okaże. Swoje brudy, znaczy się sprawy rodzinne, próbował ‘prać’ publicznie i raczej z miernym skutkiem. No chyba, że skutkiem miało być zdobycie popularności i sposobu na życie.

Jak się potoczy medialna kariera młodej kobiety, nie wiem. Nie wiem też, czy powinienem Justynie Żyle życzyć powodzenia, bo oparła swoją ‘popularność’ w mediach na wątpliwych moralnie działaniach.

Początkowo miałem ochotę podywagować o dążeniu do zrobienia kariery, popularności medialnej, moralności i mediach, które są gotowe przekuć w przychody i zyski każde ludzkie nieszczęście i słabość. O brakach w ludziach hamulców i moralnych ograniczeń. Itd. Z drugiej strony muszę pamiętać, że każdemu wolno wszystko. Również Justynie Żyle. Czasami zadaje sobie pytanie czy za wątpliwością : jak ona tak może i czy jej nie wstyd, nie stoi aby zazdrość, że dziewczynie się uda, a ja nadal będę szarym człowiekiem z bloku, że swoim zbiorem zasad. Ot, takie pytanie kontrolne, które każdy może i powinien sobie zadać zanim zacznie oceniać innych.

Sprawa Justyny i Piotra Żyły zaczęła mnie interesować, bynajmniej nie z powodu jakichś perwersyjnych skłonności do życia życiem celebrytów i ich oceny czy nawet hejtu. Interesują mnie ludzie i media. Do świata typu Plotek.pl itp. zaglądam raczej rzadko, co widać po tematyce moich wpisów.

Mam wrażenie, że ten rok w życiu J.Żyły to smutna historia młodej zagubionej kobiety, której trudno się pogodzić z tym, że wraz z rozejściem się z mężem (skoczek narciarski Piotr Żyła) kończy się świat celebrytów, kamer i ciekawego życia. Justyna Żyła najwyraźniej nie potrafi sprostać temu co ją spotkało mimo, że ma już niemal 30 lat, a więc o życiu trochę wiedzieć już powinna.

Wątpliwej jakości medialną rozpoznawalność i sławę, J.Żyła zyskała wraz z kryzysem małżeńskim, który ostatecznie skończył się rozwodem w listopadzie. J.Żyła podjęła próbę ratowania małżeństwa przez medialny ostry szantaż i pomówienia pod adresem męża. Zrobiła z tego program typu Big Brother. Ona niewinna i skupiona na prowadzeniu domu i opiece nad dziećmi, a on drań i rozpustnik. Bez względu na to kto i dlaczego chciał odejść i zakończyć małżeństwo, zachowanie J.Żyły było niepoważne. Z dramatycznego rozejścia zrobiła żenujące publiczne show z bezwzględnym moralnym szantażem wycelowanym w byłego już męża. Drogi ludzi czasami się rozchodzą i trzeba to znieść z klasą. J.Żyle tej klasy zabrakło. Obawiam się zresztą, że nie o same rozejście tu chodziło.

Media szybko wyczuły okazję i to, że Justyna Żyła chętnie puszcza do nich oko. Było to takie puszczaniem oka z sugestią braku poważniejszych moralnych granic. Justyna Żyła zdawała się deklarować: chcę być znana i sławna nie mniej niż mąż skoczek narciarski. I już. Pierwszą poważną przygodą była….sesja zdjęciowa dla Playboya. Trzeba przyznać, że wystawanie mniej lub bardziej ukrytych wdzięków przyszło J.Żyle nadspodziewanie szybko i łatwo. Odważna sesja fotograficzna wywołała kolejną falę kontrowersji dotyczących zachowania J.Żyły. Ona sama próbowała to tłumaczyć m.in. próbą zatrzymania przy sobie męża, na zasadzie: zobaczcie kogo on zostawia! 

Nowością jest propozycja prowadzenia programu typu reality show. Zazwyczaj nie są to programy najwyższych lotów. Po drugie, poważnie wątpię czy J.Żyła ma do tego przygotowanie i predyspozycje. Na chwilę obecną jej główną zaletą przemawiającą za prowadzeniem tego typu programów jest jej własne publiczne pranie brudów i to ostro przez nią medialnie podkręcone.

Obawiam się, że J.Żyła nie jest osobą nazbyt dojrzałą. Co nie zmienia faktu, iż jest osobą dorosłą i może robić ze swoim życiem i wizerunkiem co zechce. Złość i źle pojęta ambicja, zawiodły ją na strony mediów karmiących się skandalami, fotkami skąpo ubranym pań i życiem prywatnym celebrytów. Niemniej wybór wydaje się być świadomy.

Można tu być może dyskutować o moralności mediów, ale pojawia się pytanie o sens. Podobnie z pytaniem o budowanie wzorców dla młodych ludzi. 

 

 

01:15, kanapowy_obserwator
Link Komentarze (2) »
czwartek, 29 listopada 2018
Ambasador USA pogroziła rządowi PiS palcem.

 

 

Mieliśmy wstać z kolan i być narodem dumnym, jak chcieli politycy PiS. Georgette Mosbacher, ambasador USA, w mało delikatny sposób szybko pokazała granicę, której PiS nie powinien przekraczać. Wprawdzie już raz pogrożono nam skutecznie palcem, przy okazji nowelizacji ustawy  IPN, ale tym razem nowością była reakcja prawicowych mediów i części polityków.

Sytuację prawicowi politycy sprowokowali sami. Krótko mówiąc, zostali upokorzeni przez G.Mosbacher na własne życzenie. Notoryczne przymykanie oczu na wyczyny nacjonalistycznych ugrupowań w Polsce, publiczne deklarowanie dezaprobaty wobec mediów prywatnych (głównie zagranicznych) i zapowiedzi ich marginalizacji oraz najnowszy pomysł na zrzucenie na TVN winy za program o nazistach w wodzisławskim lesie i zaangażowanie w to służb i sądów, wywołało reakcję ambasady USA w Polsce.

G.Mosbacher w trakcie sejmowego spotkania i w najnowszym liście bez specjalnego owijania w bawełnę negatywnie oceniła działania i zapowiedzi PiS w obszarze mediów. Przekaz formalnie kładł nacisk na wolność słowa i nieustawanie w wysiłkach w walce z nazizmem i podobnymi ideologiami. Ni mniej ni więcej, rząd PiS i politycy tej partii dostali dość wyraźne upomnienie i zapewnienie, że nacjonalistyczne i antydemokratyczne skłonności PiS są bacznie obserwowane za granicą.

Muszę szczerze przyznać, że reakcja mediów prawicowych i części polityków mnie zaskoczyła. Można było raczej przyjąć, że po upomnieniu prawica będzie próbowała przemilczeć porażkę i przekuć ją w sukces. Podobnie jak w przypadku z IPN. Tym razem nie wytrzymali, czym tylko jeszcze bardziej się ośmieszyli i upokorzyli pokazują swoją bezradność. Bo wiadomo było od razu, że prezydent i rząd, z obawy o relacje z USA, będą musieli reakcję p. ambasador przemilczeć i pokornie zacisnąć żeby. Jak się można było spodziewać, rządowy komunikat ws. listu G.Mosbacher jest niezwykle lakoniczny i pokorny. Jedyne ostre słowo na jakie się zdobył rząd, to ‘incydent’.  

Pod względem językowym, treść listu i generalnie poziom przekazu ambasador USA nie są zbyt wyszukane. To prawda. Literówki w nazwiskach premiera i jednego z ministrów rozczarowują. Najwyraźniej pani Mosbacher w żaden wersal nie ma ochoty się z nami bawić. Można to odebrać jako upokorzenie. Wolna wola. Ja nie odnoszę wrażenia, by list był pisany do mnie. Treść przekazu G.Mosbacher nie pozostawia wielkich złudzeń odnośnie tego,  do kogo jest kierowana i dlaczego.

PiS-sowska polityka narodowej dumy i wstawania z kolan poniosła kolejną porażkę. Urzędnicy UE, choć działają powoli, to coraz wyraźniej dają PiS-owi odczuć, że z pewnych pryncypiów nie ustąpią. Zalecenia TSUE dotyczące Sądu Najwyższego, ustąpienie ws. nowelizacji ustawy o IPN, to dotkliwe porażki. A teraz bezpardonowa reprymenda z ust przedstawicielki USA.

 

00:50, kanapowy_obserwator
Link Komentarze (3) »
czwartek, 22 listopada 2018
Kaczyński – znowu - nic o tym nie wiedział. Podobno.

 

Wpadka PiS z szefem KNF-u i korupcyjną propozycją, mimo oficjalnego pomniejszania problemu, musiała wywołać sporo obaw w szeregach polityków prawicowych. Media zaczęły wiercić i okazuje się, że najwyżsi urzędnicy NBP i KNF zajmowali się m.in. szukaniem miejsc pracy dla zaufanych znajomych lub ich dzieci. Ujawnienie dodatkowo informacji, że syn ministra koordynatora służb specjalnych Mariusza Kamińskiego robi karierę w Banku Światowym z nadania NBP, spowodowało zastosowanie znanego już manewru odcinania Jarosława Kaczyńskiego od afery. Jak wiele działań w strategii wizerunkowej PiS, ratowanie Kaczyńskiego przed obciążaniem go winą za skandal z szefem KNF jest po prostu słabe.

 

Przede wszystkim J.Kaczyński o tym czy był świadomy czy też nie działań szefa KNF i NBP, powinien ogłaszać mediom on sam. Niestety, po raz kolejny wybrał do tego kobietę. Panią Mazurek. Jemu kolejny raz zabrakło odwagi, a pani Mazurek jest w stanie wypowiedzieć przed lamerami każde głupstwo.

Ten sam manewr (odcinanie J.Kaczyńskiego od afery) zastosowano po wpadce z zatajonymi dodatkowymi wynagrodzeniami dla ministrów i wybranych urzędników PiS. Początkowo J.Kaczyński bagatelizował problem. Kiedy jednak skandal zaczął nabierać coraz większych rozmiarów  ogłoszono, że szef partii nic o tym nie wiedział. Ale wracajmy do świeżego skandalu z szefem KNF w roli głównej.

Metoda ‘J.Kaczyński nic o tym nie wiedział’ jest próbą ratowania wizerunku jego i partii. Kaczyński wytworzył wokół siebie opinię ascetycznego męża i nawet część nie-pisowskich komentatorów skłonna jest wierzyć, że taka czy inna patologia w partii dzieje się bez jego przyzwolenia i wiedzy. Jest w tym jakaś naiwna wiara, że skromność materialna w życiu codziennym rozciąga się na zasady moralne. Nic z tych rzeczy.

Przede wszystkim należy cokolwiek wątpić w skromność materialną Kaczyńskiego. Pewnie jeszcze długo pozostanie zagadką jak J.Kaczyński zarządza swoim majątkiem i otrzymywanymi wynagrodzeniami. Poniekąd niemałymi. Oficjalnie Kaczyński ma skromniutką rezerwę finansową, dom i …kredyt. Reszta pozycji oświadczenia majątkowego to wpisy: „nie dotyczy”. Kredyt wzięty na .. chorą matkę i pokrycie kosztów jej upamiętnienia. Taki standard ‘majątku Kaczyńskiego’ jest od lat. Wcześniej była pożyczka od osoby prywatnej. Co J.Kaczyński robi ze swoimi pieniędzmi, nikt nie wie. Brak obnoszenia się dobrami materialnymi i trochę niepoważne deklarowanie celu kredytu jako ‘na chorą matkę’, ma zniechęcić do wiercenia, na co J.Kaczyński wydaje pieniądze. Być może wspiera potrzebujących. Być może.

Trzeba jednak przyznać, że spojrzenie na rzekomą skromność z innej perspektywy, rzuca zupełnie inne światło. J.Kaczyński jest niebywale drogi w utrzymaniu dla otoczenia. Historia spółki Srebrna, koszty ochrony, wydatki państwa na zapewnienie mu komfortu na miesięcznicach smoleńskich itd.  itd. Tak więc skromność materialna Kaczyńskiego jest cokolwiek wątpliwa.

Jak wyżej wspomniałem, metoda ‘J.Kaczyński nic o tym nie wiedział’ jest również wykorzystywana do ratowania wizerunku partii. W sytuacjach kryzysowych, grzeszni politycy PiS są przedstawiani jak niesforne dzieci, które wykorzystały chwilę nieuwagi starszego, ascetycznego i nie akceptującego rzekomo żadnych kompromisów moralnych, lidera. Nic z tych rzeczy. Niczego nie odkryję pisząc: prawda jest banalnie prosta.

J.Kaczyński w pełni akceptuje i zachęca do przejmowania posad pod hasłem naprawy kraju i usuwania elit III RP. Proceder zatrudniania prawnika z Częstochowy, jak się okazuje, był w PiS znany i wspierany nie tylko przez KNF. Po hecy z Misiewiczem w sektorze zbrojeniowym, prawnik z prowincji nie powinien nikogo specjalnie dziwić. Przykre jest to, że zaangażowano do zatrudniania przyjaciół nawet szefa KNF.

Kaczyński może nie wiedzieć być może o każdym przypadku zatrudniania znajomych. Ale powodem jest masowość tego zjawiska i udzielone przez niego przyzwolenia na takie praktyki. Wystarczyłoby kilka spektakularnych kar i usunięć z partii, by politycy PiS natychmiast zaprzestali zatrudniania znajomych.

I na koniec. Jeżeli po raz kolejny słyszymy ‘J.Kaczyński nic o tym nie wiedział’, to znaczy, że jest wyjątkowo kiepskim liderem, który nie panuje nad partią.

 

00:40, kanapowy_obserwator
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 12 listopada 2018
Dwa marsze czy jeden?

 

Jeżeli politycy PiS myślą, że wykonali wczoraj w W-wie fantastyczny manewr polityczny, to są w błędzie. Niewątpliwie wczorajszy pochód odbył się znacznej lepszej atmosferze od tego, co pamiętamy z lat poprzednich. Jest w tym zapewne i zasługa polityków PiS, którzy chcieli zademonstrować, że przejęli inicjatywę 11 listopada i że potrafią zaproponować nową jakość świętowania oraz zapanować nad emocjami tysięcy ludzi. Sądzę jednak, że bardziej zaczyna działać presja wywierana przez niezależne media na środowiska nacjonalistyczne i na polityków, którzy z tymi środowiskami sympatyzują lub je tolerują. Mam na myśli głównie polityków PiS.

Po tym co wczoraj widziałem, politycy PiS o sukcesie nie mogą mówić. Udział polityków PiS w marszu nie był żadną nową jakością ani aktem odwagi. To była mieszanina śmieszności, strachu i politycznego cwaniactwa. Przede wszystkim nie wiadomo ile marszów było. Dwa czy jeden. Prezydent deklarował jeden, ale ja widziałem dwa.

Politycy PiS ustawili się z przodu i osłonili kordonem wojska, policji i służb wszelakich. Z przodu orkiestra, wojsko i wozy bojowe. Tylko po to, by przypadkiem nikt nie podejmował prób zatrzymania marszu. Politycy PiS wiedzieli, że próby zatrzymywania marszu z wojskiem na czele będą wyglądać fatalnie. Fatalnie też wyglądał szczelny kordon za plecami polityków PiS, utworzony przez żandarmerię. Kilkusetmetrowy bufor oddzielający polityków PiS od drugiego pochodu lub, jak kto woli, od pozostałych uczestników marszu, to dodatkowy argument pokazujący jak wielkie obawy mieli politycy PiS w tym marszu. Najwyraźniej nie byli pewni tego, co może się wydarzyć za ich plecami. I słusznie, bo część uczestników marszy, który ruszył jako drugi, niespecjalnie przejęła się apelami prezydenta o jedność o unikanie z obnoszeniem się z napisami i symbolami dzielącymi Polaków.

Jeżeli to był jeden marsz, to prezydent i politycy PiS powinni odpowiedzieć na pytanie, jak się czuli idąc w jednym pochodzie z narodowcami i nacjonalistami. Dlaczego jednym wolno rac używać, a innym nie? Wątpliwe zresztą czy to zauważyli, bo politycy PiS starali się nie patrzeć za siebie i iść na tyle szybko, by nie dogoniła ich drygu część marszu. Niestety łuny rac, petard i innych ‘dymnych’ zabawek były dobrze widoczne. Wystarczyło się obrócić za siebie, gdy pokonywali most Poniatowskiego.

Nie był to dzień sukcesu prezydenta ani polityków PiS. Nacjonaliści nie omieszkali zaznaczyć swojej obecności. Prezydentowi i politykom PiS nie udało się narzucić neutralnej patriotycznej narracji tego dnia. Czerwona łuna za ich plecami wyraźnie wskazywała kto ustala warunki. Przykro było patrzeć jak wysocy rangą urzędnicy państwa i mundurowi szybko opuszczali miejsce zakończenia marszu by nie zetknąć się z drugą częścią marszu.

 

12:16, kanapowy_obserwator
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 listopada 2018
11 listopada w Warszawie. Ryzykowna decyzja prezydenta.

 

Hanna Gronkiewicz-Waltz zaskoczyła opinię publiczną decyzją o odwołaniu Marszu Niepodłegłości 11 listopada. Decyzja budzi kontrowersje. Przede wszystkim ogłoszono ją tuż przed świętem, gdy część protestujących poniosła już zapewne koszty dojazdu do stolicy. Rząd mógł to odebrać jako polityczną prowokację i wykorzystanie sytuacji kryzysowej w Policji do celów politycznych przez H.Gronkiewicz-Waltz. Dla PiS taka decyzja to policzek.

Ale jest i inna strona tej decyzji. Od lat nie radzimy sobie z Marszem Niepodległości, który stał się świętem nacjonalistów i wstydem dla klasy politycznej. Politycy nie dali rady (PO-PSL) lub nie chcieli (PiS i reszta prawicy) podjąć rywalizacji z narodowcami o przejęcie święta. PiS nie zaryzykował przejęcia święta w wersji ‘na ostro’ (zmiany i kruszki prawne), tak jak to zrobił z miesięcznicą smoleńską czy pomnikiem smoleńskim i pomnikiem L.Kaczyńskiego w W-wie. Być może decyzja HGW jest szansą na zmianę. Jest powiedzeniem NIE lub tylko rozpaczliwą tego próbą, skazaną na porażkę.

Jak wspomniałem, okoliczności i uzasadnienie dla decyzji HGW, budzą wątpliwości i sąd może je wykorzystać na korzyść organizatorów niedzielnego marszu. Dla HGW, bez względu na decyzję sądu i ostateczną skuteczność sprzeciwu, zapewne będzie to jasny punkt w politycznej karierze. Przynajmniej próbowała walczyć z narodowcami.

Jako akt polityczny skierowany przeciwko sobie odczytali to politycy PiS i prezydent. Ktoś z otoczenia prezydenta lub spośród polityków PiS, wpadł na pomysł radykalnej reakcji, by przejąć polityczną inicjatywę. Prezydent, który jeszcze do niedawna nie miał czasu na manifestowanie, nagle go znalazł i ogłosił, że manifestacja się odbędzie. Ale będzie to manifestacja pod jego i rządu patronatem i o charakterze państwowym. Czas i miejsce mają się pokrywać z pierwotną manifestacją narodowców. Jednym z warunków jest brak organizacyjnej symboliki itd. I tu zaczynają się schody. Prezydent i politycy PiS popełnili potężny błąd.

Prezydent po raz kolejny się ośmieszył, bo sam już nie wie czy ma na najbliższą niedzielę zajęty grafik czy nie. Trwanie w przekonaniu, że trzeba walczyć o elektorat sprzyjający narodowcom jest jednym z największych błędów polityki PiS od lat. Wątpliwe, by prezydent zapanował na pochodem. Co, jeżeli narodowcy wygrają przed sądem i odzyskają prawo do organizacji Marszu? Formuła prawna, jaką posługuje się otoczenie prezydenta (marsz organizowany przez organ państwowy ma pierwszeństwo przed innymi) jest prawnie cokolwiek wątpliwa. A nawet gdyby, to pojawia się pytanie, dlaczego PiS i PAD nie skorzystali z tej formuły wcześniej, by odebrać W-wę narodowcom??

Wszelkie naruszenia prawa i porządku pójdą na konto prezydenta, co tylko go pogrąży w oczach opinii publicznej. Wątpliwe, by narodowcy dali sobie tak łatwo odebrać święto. To dla nich jedyny dzień, by pokazać publicznie swoją siłę. To był ich marsz.

Decyzja prezydenta i rządu o przejęcie inicjatywy politycznej  11 listopada w W-wie, po raz kolejny pokazała w jakim emocjonalnym wzburzeniu i chaosie podejmowane są w PiS decyzje polityczne. Nie wiem na co liczy PiS.

A co jeżeli PAD odniesie sukces, a część narodowców pójdzie z nim grzecznie w pochodzie?? Wtedy HGW i opozycja będą mogli triumfować i ogłaszać, że zmusili PiS do działania i okazało się że można manifestować spokojnie i pokojowo.

Mniejsza zresztą o prezydenta i polityków PiS. Niedziela zapowiada się sensacyjnie.

 

00:23, kanapowy_obserwator
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 listopada 2018
D.Tusk przed komisją ds Amber Gold

 

Trzeba przyznać, że komisja sejmowa ds. Amber Gold, oferuje D.Tuskowi reklamę za darmo. Były premier nie musi nic robić. Nie musi prowokować sytuacji, by pojawiać się w Polsce przed obiektywami kamer. Po prostu pojawia się na życzenie komisji i ma zapewniony darmowy czas antenowy i polityczną reklamę gratis. Media wiedzą, że każde przesłuchanie D.Tuska zamienia się w szermierkę słowną między politykami PiS i byłym premierem. Niestety, politycy PiS są tu na straconej pozycji.

Gdzie więc PiS popełnia błędy w przypadku D.Tuska?

Zacznijmy od tego, że od dawna wiadomo, że sprawa Amber Gold nie ma nic wspólnego z premierem. Możemy sobie pogdybać, kiedy i która ze służb zawiodła. A i tu zalecałbym każdemu wpierw zapoznać się z faktami, a dopiero potem rzucać oskarżenia i snuć teorie.

Premier Tusk, w najlepszym wypadku ponosi tu swego rodzaju odpowiedzialność moralną, jako najwyższy urzędnik państwa. Jeżeli ktoś uważa, że za tak rozumianą odpowiedzialność moralną też się wsadza, to premierów: Szydło i Morawieckiego, należy ukarać za GetBack.  Świadoma tego jest Małgorzata Wassermann, która wczoraj nie ukrywała, że celem komisji było…(!)...naświetlenie sprawy Amber Gold w kontekście działania służb państwa, co jest niczym innym jak przyznaniem się do porażki działania komisji.

Niepotrzebnie politycy PiS, na czele z M.Wassermann, budowali atmosferę napięcia i sensacji przed potyczką z D.Tuskiem.  Wyszedł przy tym ogromny kompleks jaki politycy PiS, a szczególnie lider tej partii, mają na punkcie D.Tuska. Brak poważanych zarzutów oraz inteligencja i błyskotliwość byłego premiera, powodowały, że D.Tusk z dość dużą łatwością wychodził ze słownych utarczek. Słowne zaczepki dość szybko odwracały się przeciwko politykom PiS z komisji sejmowej. Nie było to trudne, bo na poziomie dowodowym ws Amber Gold, politycy PiS są bezradni, a ich złośliwości pod adresem byłego premiera były na słabym poziomie, więc D.Tusk nie miał problemu z ich odbijaniem i to ze zdwojoną siłą.

D.Tusk śmiało też kontratakował, wykorzystując błędy lub wpadki członków komisji, żeby im podokuczać. Mogła bawić pomoc polityków opozycyjnych komisji, którzy pomagali D.Tuskowi, podrzucając mu tematy do wypowiadania opinii o rezultatach pracy komisji. Przyznać jednak trzeba, że oceny pracy były trafne i dobrze, że poprzez media zostały nagłośnione. Pod trzyletnim ‘panowaniu’ PiS, aparat ścigania i sprawiedliwości nie odkrył żadnych sensacji ws Amber Gold i nie znalazł haków na działanie polityków PO-PSL w tej sprawie. Komisja sejmowa nie zrobiła ani kroku dalej.

Dla elektoratu PiS wyniki pracy komisji (jej porażka) nie mają znaczenia. Oni Tuska nie lubią i już. PiS mógł cokolwiek zyskać poprzez utratę popularności D.Tuska wśród elektoratu mu obojętnego lub wśród jego zwolenników. Obawiam się jednak, że rezultat jest odwrotny do zamierzonego. D.Tusk zaczyna być postrzegany jako jedna z postaci, która przyczyni się do porażki PiS w wyborach parlamentarnych i prezydenckich.

PiS ewidentnie przecenił polityczny efekt komisji Amber Gold jak i rzekomy talent Małgorzaty Wassermann. Ta ostatnia zapewne dołączy do grona zakompleksionych na punkcie D.Tuska.

Być może na samym początku politycy PiS mogli wierzyć, że uda się zszargać pomówieniami wizerunek byłego premiera i PO, tak jak to uczyniono w przypadku Hanny Gronkiewicz-Waltz i warszawskiej prywatyzacji. Komuś w PiS zabrakło politycznego refleksu, by w odpowiednim momencie zarządzić wyciszenie sprawy D.Tuska i utrudnić mu budowanie popularności w oparciu o nieskuteczne akcje PiS.

 

23:32, kanapowy_obserwator
Link Komentarze (1) »
wtorek, 30 października 2018
Chyba zanadto idealizujemy Piłsudskiego.

 

Brakuje nam dystansu do własnej historii i czołowych jej postaci. Bohaterów naszej historii nazbyt łatwo, i automatycznie, idealizujemy i nadajemy im pomnikowy charakter. Temu odruchowi nie potrafią się nawet oprzeć zawodowi historycy. Tak właśnie jest m.in. i z Józefem Piłsudskim.

Nie zamierzam deprecjonować roli Piłsudskiego w naszej historii. Są momenty przełomowe, gdy potrzebna jest silna osobowość. Człowiek, który pociągnie za sobą innych i nie waha się ryzykować. W chwili wielkiej wojennej zawieruchy trafił nam się Piłsudski. I dobrze. Warto jednak zwrócić uwagę, że w opisie Piłsudskiego skupiamy się raptem na nie więcej niż 10 latach jego życia. Od okresu legionowego (I WW), po przewrót majowy. Umyka nam to co było wcześniej i to co było później. Tymczasem życiorys Piłsudskiego nie był tak banalnie pomnikowy jak się wydaje. Z upływem lat, zapominamy też o innych, którzy przyczynili się do powstania Polski. Wobec Piłsudskiego stosujemy też inne, niezwykle wyrozumiałe, kryteria oceny, odmawiając tego winnym znanych postaciom, jak chociażby Lechowi Wałęsie.

Biorąc pod uwagę obecny stosunek to teorii lewicowych i socjalistycznych (bagaż po PRL), niezwykle łatwo zapominamy, że Piłsudski formalnie przez lata związany był z ruchem lewicowym. Oczywiście PPS sprzed stu kilkudziesięciu lat, to nie to co PZPR. Trzeba też przyznać, że Piłsudski nie był nadmiernie lubiany przez przedstawicieli Kościoła.

Historię Piłsudskiego jakby z konieczności kończymy na przewrocie majowym. Formalnie był to zamach stanu, ale historycy w większości starają się unikać ostrych ocen. Często pojawiają się próby relatywizowania moralnego wymiaru tego wydarzenia. Że niby Polskę niszczyła sejmokracja i niestabilność polityczna, czy że w świecie wokół nas działy się podobne rzeczy, itd. Owszem, jest to jakieś tłumaczenie. Nie zmienia to jednak faktu, że zamach na legalną władzę był zamachem i tyle.

Dalej był skandal finansowy z ministrem Czechowiczem, czy Bereza Kartuska, itd.. Piłsudski robił się coraz bardziej apodyktyczny i nieznośny. O ile jeszcze zamach majowy przebija się do świadomości społecznej, to kolejne wyczyny Piłsudskiego, czy jego podwładnych, w krótkich, schematycznych przekazach 11 listopada już nie. Zamach majowy jest przypominany, bo był zbyt ważnym wydarzeniem by go pominąć. Dalsze wątki historycy podejmują mniej chętnie i nazbyt łatwo tłumaczą wiekiem Piłsudskiego.

Nie chce umniejszać roli Piłsudskiego w naszej historii, ale z biegiem lat, staje się on wyidealizowaną postacią z pomników, a inni, niewiele mniej zasłużeni Polacy znikają w mgle zapomnienia. Wojskowa historia I WW to nie tylko Legiony. Nie tylko Piłsudski parł do odzyskania niepodległości. Zaryzykuję teorię, że nawet gdyby Piłsudski nie zaistniał w naszej historii, jego miejsce w początkach ubiegłego wieku zajęliby inni.

W szkolnej nauce historii, Piłsudski doskonale nadaje się do krytycznej analizy postaci. Nie zmienia to jednak faktu, iż wielce się dla odzyskania niepodległości zasłużył.

Mimowolnie nasuwa się porównanie Wałęsy i Piłsudskiego. W osobowościach i  losach obydwu postaci, i ich wpływie na historię, jest wiele podobieństw. O ile jednak Piłsudski jest z biegiem lat coraz bardziej idealizowany, to Wałęsa przeciwnie. Oczywiście za życia Piłsudskiego, w okresie międzywojennym, również istniały niezwykle silne podziały polityczne. Nie wiem jednak, czy to wyjaśnia i usprawiedliwia to co z historią Solidarności i Wałęsy wyczyni prawica z Kaczyńskim na czele.

Zaczynam się obawiam, że za dwie czy trzy dekady,  z przyzwoitości historycy nie będą już wpisywać do podręczników zamachu majowego, a w notce o Wałęsie będzie, że to kontrowersyjna postać i agent SB.

 

00:53, kanapowy_obserwator
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 22 października 2018
To nie jest zwycięstwo PiS.

 

Wybory samorządowe nie mają takiego politycznego znaczenia jak parlamentarne czy prezydenckie. W parlamentarnych i prezydenckich wygrany może być tylko jeden. W prezydenckich: polityk, w parlamentarnych: partia lub koalicja. Wybory samorządowe, z oczywistych względów, nie wywołują spektakularnych zmian. Obecne wybory mają oczywiście o tyle większe znaczenie, że są początkiem serii politycznych batalii w starciu PiS – reszta świata.

I co wyszło? Formalnie PiS uzyskał wynik najlepszy i dający mu pozycję lidera: niemal jedna trzecia głosujących wskazała PiS. Dopiero osiem pkt. proc. niżej była Koalicja Obywatelska (KO).

Niestety wynik wyborów samorządowych to nie jest zwycięstwo PiS. Mimo rozdawnictwa pieniędzy, oszukiwania i manipulacji, i mimo przekształcenia TVP w tubę propagandową PiS, 32,3% to tylko 32,3%. Niestety (dla mnie na szczęście), PiS ma potężny problem z trwałym przekroczeniem w wyborach trzydziestokilkuprocentowego progu.

PiS zaliczył dwie spektakularne porażki: Warszawę i Łódź. Sondażowe wyniki dla W-wy wskazują, że P.Jaki przegrał w I turze. Straszenie H.Zdanowskiej utratą stanowiska  z powodu przegranego procesu, skończyło się kompromitującą porażką kandydata PiS. H.Zdanowska dostała 70% głosów! Najwyraźniej, Polacy nie lubią brudnych polityczno-prawnych sztuczek i zastraszeń, z czego PiS powinien wyciągnąć lekcję. Daleki jestem jednam od stwierdzenia, że to wyborcy dokonują prawnych rozstrzygnięć. Poświadczenie nieprawdy w przypadku H.Zdanowskiej brzmi źle, a kwestia objęcia fotela prezydenta z prawnego punktu widzenia może wymagać sądowego rozstrzygnięcia. I ewentualne zwycięstwo H.Zdanowskiej nie jest tu wcale takie pewne.

Przegrana w I turze w W-wie, to jednak policzek. PIS stawiając P.Jakiego na kandydata w W-wie tylko, moim zdaniem, potwierdzał że nie ma nikogo innego kto miałby poważniejsze szanse, i od razu wybory w Stolicy uważał za przegrane. Z tej perspektywy i biorąc pod uwagę, że P.Jaki to słaby polityk bazujący głównie na manipulacji i populizmie, wynik kandydata PiS i tak w sumie jest niezły.

Wynik KO to może nie sukces, ale na pewnie nie porażka. Politycy wchodzący w skład KO nadal musze się starać przełamywać opory elektoratu wobec siebie. Obawiam się jednak, że możliwości wzrostu mogą być jednak dość ograniczone.

PSL uzyskał naprawdę dobry wynik. Niemal 17% przy brutalnej walce o wieś i dość mało wyrazistych osobowościach większości polityków PSL, budzi szacunek. PSL wciąż jest w grze i w wyborach parlamentarnych będzie to zapewne gracz ważniejszy od lewicy.

Nadal rozczarowuje lewica. Nawet połączone ugrupowania lewicowe miałaby ledwie połowę wyniku PSL. Do gry wraca SLD. A Razem? Sądzę, że działacze tego ugrupowania powinni się zastanowić czego tak naprawdę chcą. Jeżeli chcą wejść do świata polityki i parlamentu, bo tylko tam mają szansę wpływać na decyzje, powinni się głęboko nad sobą zastanowić.

Wynik SLD wzbudza u mnie mieszane uczucia. Wydawało mi się, że na lewicy powinna była nastąpić zmiana warty. Tymczasem w mediach znowu coraz częściej widzę starych działaczy SLD, których dawne porażki nie nauczyły pokory.

KO ma dość ograniczone możliwości wzrostu. W walce o odebranie PiS rządów, szansą jest lewica.  nieudolne formowanie koalicji po stronie lewicowej i wynik lewicy w obecnych wyborach samorządowych, budzą poważne obawy czy lewica do czasu przyszłorocznych wyborów parlamentarnych będzie w stanie utworzyć silną reprezentację, która przebije prób wyborczy.

Obecne wybory samorządowe nie są może jakiś przełomowym wydarzeniem. Partie opozycyjne przekonały się jak trudno walczyć o wzrost poparcia. PiS natomiast przekonał się, że nie przeskoczy pewnej granicy i że utrata władzy po wyborach parlamentarnych jest jak najbardziej realna. Wyniki wyborów nie wskazują, by któraś z partii zdecydowała się na radykalną zmianę tzw. linii politycznej. Wyniki wyborcze, dla żadnej z dużych partii nie są na pewno porażką. PiS będzie dalej antagonizował i walczył o samodzielne rządy, co jest moim zdaniem jednym z największych błędów w politycznej strategii J.Kaczyńskiego. Partie opozycyjne uzyskały na tyle godziwe i zadowalające wyniki, że nie dokonają spektakularnych zmian postępowania.

 

00:19, kanapowy_obserwator
Link Komentarze (2) »
wtorek, 16 października 2018
Na szczęście złamał rękę? No hard feelings? Doprawdy?

 

Kolejny odcinek taśm z obecnym premierem wizerunkowo jest wyjątkowo niezręczny dla PiS, M.Morawieckiego i samego Kubicy. Z nagrań M.Morawieckiego wynika, że łatwiej u niego zdobyć pomoc dla dzieci polityków, naciąganych fundacji i budowanie relacji polityczno-biznesowych, niż na wsparcie znanych polskich sportowców.  ‘Wybawieniem’ dla instytucji zarządzanej przez M.Morawieckiego okazał się wypadek Kubicy.  Na taśmach jest mowa o wsparciu finansowym wybranych teamów i kierowców Formuły 1 o wartości  rzędu 50 mln zł. Nie do końca jest jasne dokładnie kogo i na jakich zasadach BZ WBK miał w imieniu Santandera finansować. Wątpię, żeby cała kwota miała być przeznaczona tylko na Kubicę i tylko w ciągu jednego roku. To jednak kwestia drugorzędna. Obecny premier nie ukrywał ulgi z powodu wypadku Kubicy („na szczęście Kubica złamał rękę”), dzięki czemu nie trzeba było fatygować Banku w finansowanie naszego kierowcy. Cóż, dla Kubicy, wypadek oznaczał praktycznie zamknięcie drzwi do Formuły 1 i wątpliwości co do motoryzacyjnej przyszłości sportowca. Dla M.Morawieckiego, jeden problem z głowy. Mniejsza o Morawieckiego i to co wyłania się z taśm o tym człowieku.

Moje wątpliwości i pewne rozczarowanie budzi reakcja R.Kubicy. Robert Kubica chyba powinien był strzelić premierowi solidnego focha i po prostu powiedzieć, że wypowiedź była co najmniej nieelegancka i nie zgadzać się na spotkanie z premierem.  Tymczasem zgodził się na medialną ustawkę, by ratować wizerunek premiera i to na zasadach przez niego ustalonych. Swój wizerunek R.Kubica tylko pogorszył. No hard feelings, brak przeprosin i bzdury o tym jak premier bronił banku przez wyzyskiem właściciela? R.Kubica dał do tego swoją twarz.

Foch mógł R.Kubicę kosztować utratę wsparcia z publicznych pieniędzy (w tym ze spółek skarbu państwa). Wiele wyjaśnia dzisiejsze spotkanie z szefem Orlenu ws wsparcia R.Kubicy, czy jak kto woli , sportów motorowych. Ciekawe czy do wsparcia by doszło, gdyby R.Kubica odmówił spotkania się z premierem i odważnie powiedział co myśli o wypowiedzi premiera.

Czyżby moralność i zasady ustąpiły przed pieniędzmi? Znowu? Zapewne R.Kubica jest świetnym kierowcą, ale moralnie chyba trochę się pogubił.

 

23:24, kanapowy_obserwator
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 47