RSS
poniedziałek, 20 listopada 2017
Głupiutka ta pani Mazurek.

 

Najnowsza wypowiedź Donalda Tuska dotycząca krajowej polityki prowadzonej przez PiS jest ostra i kąśliwa, ale słuszna. Ocenę podaną przez Tuska poparła Katarzyna Lubnauer z Nowoczesnej. Wiadomość K.Lubnaur na Twitterze brzmiała tak: „Donald Tusk zareagował, bo zostało coraz mniej czasu na działania. Bez odważnych działań nie bedzie zmian. PIS sam sobie nie pójdzie”.

Cztery godziny później zareagowała na Twitterze Beata Mazurek: „"Nie dokazuj, miła nie dokazuj, Przecież nie jest z ciebie znowu taki cud". Nigdzie się nie wybieramy -nam jest dobrze w PL, ale Pani polecamy Maderę służbowo i prywatnie”.

K.Lubnauer postanowiła się nie zniżać do poziomu wpisu B.Mazurek i wspomniała jedynie o zdolności honorowej („Polecam lekturę i zastanowienie, czy posiada Pani zdolność honorową do obrażania kogokolwiek.”).

Trzeba przyznać, że reakcja B.Mazurek jest wyjątkowo prymitywna i reprezentuje bardzo niski poziom. Ot problemy z kulturą osobistą. Mistrzynią riposty pani Mazurek nie jest i wątpliwe by się to kiedykolwiek zmieniło. Czy rzeczniczka klubu PiS jest tego świadoma? Może i tak, co być może tłumaczą usilne próby udowadniania że jest inaczej, ale wychodzi jak wychodzi.

Kolejna rzecz, która się potwierdza przy okazji pani Mazurek, to twierdzenie: daj człowiekowi władzę, a zobaczysz co z niego wyjdzie. I wyszło. Duma że się jest karnym żołnierzem obozu władzy i kimś, kto może kpić z demokracji, państwa prawa itd. Że można być kimś ważnym. A że płaci za to bardzo wysoką cenę, bo pani Mazurek namiętnie się ośmiesza? Cóż, niektórym to nie przeszkadza. Można leczyć kompleksy, nazywając sędziów z TK grupą kolesi. Itd. Mam nadzieję, że pani Mazurek puszcza sobie film z czasów gdy z równie co dzisiaj wysoką inteligencją i wytężonym umysłem broniła Misiewicza. Smutny to był obrazek.

Być może B.Mazurek musi się odegrać na kimkolwiek za kolejne ośmieszenie. Zabawne to było, gdy B.Mazurek tłumaczyła ujawnione niedawno słowa prezydenta Dudy o Macierewiczu. Cóż za męczarnie i ‘finezyjna’ logika.

Odwaga w popisywaniu się brakiem kultury wynika i z tego, że w PiS prostackie teksty i takież zachowanie zwiększają szansę na zrobienie politycznej kariery lub zaufania Wielkiego Stratega. Pani Pawłowicz zyskuje coraz większe grono naśladowców.

Wiem, że K.Lubnauer poniżej pewnego poziomu nie zejdzie. W sumie to dobrze. Ale kusiłoby mnie zobaczyć minę B.Mazurek gdyby padła odpowiedź w jej stronę:  mam nadzieję, że złość nie wynika z tego że raczej małe ma pani szanse na podróż w towarzystwie R.Petru lub zajęcie miejska posłanki Schmidt. Powody są przynajmniej dwa. Proszę się domyśleć, bo wolę uniknąć podawania ich publicznie by nie czynić pani przykrości.

 

00:20, kanapowy_obserwator
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 listopada 2017
11 listopada. Manifestacja w W-wie. Gdzie popełniamy błąd?

 

Nie ma co ukrywać, że Święto Niepodległości oddaliśmy  tzw. narodowcom i kilku innym środowiskom, które z hukiem, butą i arogancją robią sobie w stolicy happening, testując sprawność służb porządkowych. Wygląda to żenująco. W Warszawie nie mieszkam, a telewizora włączać nie muszę (w tym roku skorzystałem z tego przywileju). Więc może w sumie nie powinno mnie to interesować. Ot, demokracja. Każdy ma prawo manifestować. Marsz Niepodległości nie jest jedynym tego dnia w Warszawie, więc każde środowisko ma prawo przebić frekwencją tenże. Ale nie o frekwencje tu chodzi, a o przekaz jaki dają nam uczestnicy Marszu Niepodległości i polityczne przyzwolenie jakie otrzymują.

Problem jest po stronie środowisk prawicowych, obozu tzw. dobrej zmiany. Od lat udają głuchych i odwracają wzrok od tego co się wieczorem 11 listopada wyprawia co roku na ulicach Warszawy. W tym roku to samo. Nie będę już cytował min. Błaszczaka, bo jemu i ludziom, którzy z nim muszą obcować można tylko współczuć. Politycy lewicowi i z centrum nie mają problemów  z artykułowaniem opinii o Marszu Niepodległości. Prawicowi zaś, traktują Marsz jako formę gry politycznej. Tylko gry o co? O to, że nie drażni się skrajnie prawicowych środowisk by mieć jak najszerszy front przeciwko lemingom z PO czy elitom z III RP (żeby się już trzymać terminologii tamtej strony)? A nawet jeśli twórcy tej polityki uważają że ich manewry polityczne są skuteczne (bo są), to naprawdę warto płacić taką cenę? Gdy patrzę na Grób Nieznanego Żołnierza, to mam nieodparte wrażenie, że nie za takie listopadowe popołudnie i wieczór oddawali życie polscy żołnierze. U prawicowych polityków i publicystów nie widzę nawet krzty wstydu.

Nie zamierzam popadać w jakieś tony żalu i upokorzenia. Ot, taki urok demokracji. Taka prawica. Zwracam jedynie uwagę, że od początku 11-to listopadowych zadym, środowiskiem które najwięcej może zrobić jest prawica. Wystarczy cofnąć ciche przyzwolenie na zadymy i zacząć nazywać rzeczy po imieniu. Dla skrajnych środowisk prawicowych byłby to szok.

 

20:18, kanapowy_obserwator
Link Komentarze (4) »
wtorek, 07 listopada 2017
Wrażliwość nie jest bynajmniej tylko cechą celebrytów. Publiczne uczucia J.Racewicz.

 

W pierwszej chwili, gdy media nagłośniły wpis na Instagramie Joanny Racewicz opisujący wizytę na cmentarzu, na grobie męża, chciałem wylać na blogu co mnie drażni. Ale początkowo odpuściłem sobie wpis. Inni nie odpuścili. Wpis J.Racewicz wywołał falę komentarzy, gdzie miały paść m.in. określenia jak : cmentarna celebrytka.  Określenie formalnie z gatunku mało stosownych, ale ….co by nie mówić, trafne moim zdaniem. Krótko później media podały odpowiedź J.Racewicz skierowaną do hejterów. Miała to być rzekomo cięta riposta, a jest wpis pozujący na romantyczno-poetycki  dystans do hejterów. To czego mi brakuje, to unikanie odpowiedzi na słuszne zarzuty i pytania jakie w części opinii się pojawiały. J.Racewicz niewygodne pytania, które sama swoim postępowaniem wzbudza, postanowiło pozostawić bez odpowiedzi. Taka trochę celebrycka maniera: przypomnę o sobie jakimś kontrowersyjnym zachowaniem, a w odpowiedzi na zarzuty pokażę, sorry, ale focha. Pytania i opinie jednak pozostały. Celebrycki foch niczego nie zmienia.

Nikt nie kazał pochować męża na Cmentarzu Komunalnym Powązki Wojskowe w Warszawie. Część ofiar katastrofy smoleńskiej, zgodnie z wolą rodzin, została tam pochowana tuż obok pomnika. Kto tam  był wie, że  groby i pomnik ofiar są przy jednej z głównych alei i pełnią rolę czołowej atrakcji turystycznej Cmentarza. Nie ma mowy o jakiejkolwiek intymności. A już na pewno nie  1 Listopada. Lokalizacja grobu, jak rozumiem, odbyła się za aprobatą pani Racewicz. Stąd nie rozumiem tych pretensji o zainteresowanie, komentarze czy brak intymności. J.Racewicz nie jest pierwszą osobą z grona rodzin ofiar, która narzeka na tłumy ludzi przy grobach ofiar pochowanych przy pomniku. Sądzę, że pani Racewicz w takim razie powinna wyjaśnić, również publicznie (może być Instagram), co nią powodowało że postanowiła męża pochować w tak upublicznionym miejscu. Ja mam pewne wytłumaczenie, ale pozostawię je dla siebie. Łatwo się domyśleć.

Uprawianie tzw. publicznej intymności na Instagramie i z wykorzystaniem dziecka, jest dla mnie cokolwiek moralnie wątpliwe. J.Racewicz mimowolnie stawia pytanie o to , o co jej faktycznie chodziło. Bo jeśli o intymność, to decyzją o jej upublicznieniu na Instagramie, automatycznie jej się pozbawiła.

Nie mam powodów wątpić w uczucia dziecka i tęsknotę za ojcem, ale wciąż jest dla mnie niezrozumiałe publiczne dzielenie się tym. Szczególnie gdy weźmie się pod uwagę, że reakcje były łatwe do przewidzenie i po części zrozumiałe. Warto przy tej okazji powiedzieć,  że inne dzieci też tęsknią za rodzicami, którzy odeszli, ale nie zauważyłem by popularne było informowanie o tym publicznie na Instagramie.

Przykro to powiedzieć, ale określenie cmentarne wdowy, jest niestety trafne. Część pań, które utraciły mężów w katastrofie smoleńskiej, epatowały media swoimi przeżyciami. Tak jakby wzniosłe uczucia żalu po stracie bliskiego były dane tylko im lub jakby one miały jakieś szczególne prawo upubliczniania tego światu. Tak jakby wrażliwość dana była tylko celebrytom i ludziom z tzw. wielkiego świata, żonom panów generałów itd.. No więc przypomnę pani Racewicz i innym, że rocznie w tym kraju umiera lub ginie niemal 400 tys. osób. Do ich rodzin kamery stacji telewizyjnych nie docierają. Nie piszą też książek o swoich przeżyciach z tym związanych. O ile pamiętamy o zmarłych i przeżywamy odejście bliskich, to nie jest praktykowane namiętne publiczne epatowanie tym. 

I już na koniec wątek, o którym i mnie niełatwo pisać. J.Racewicz wpisem o wizycie na grobie męża mimowolnie postawiła ludzi przed dość kontrowersyjnym zestawieniem. O czym ci ostatni mniej lub bardziej dosadnie dają znać. Z jednej strony J.Racewicz kreuje się na osobę żyjącą w świecie wspomnień, żalu i żałoby oraz będącej w stanie permanentnego uduchowienia, a z drugiej jest dość wdzięcznym obiektem zainteresowania paparazzich. A to ‘niechcąco’ odsłonięta ta czy inna część ciała i pozowania na ściankach. A to … sorry….problem z akceptacją upływu czasu i skutkami dla wyglądu zewnętrznego. Ok. Jak najbardziej pani Racewicz ma prawo do pełnego zestawu emocji, zachowań itd. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Jednak rozpiętość stanów emocjonalnych  i ich upublicznianie rodzi pytania i skłania do ocen.  Ja się trochę ludziom nie dziwię, co nie znaczy, że usprawiedliwiam wszystkie reakcje.

Może następnym razem pani Racewicz postanowi intymną rodzinną wizytę na grobie męża, pozostawić intymną.

 

09:42, kanapowy_obserwator
Link Komentarze (2) »
czwartek, 02 listopada 2017
Polityczne podpalenie. Samobójstwo Piotra S.

 

Sam fakt samobójczej śmierci, nie powinien nam odbierać możliwości chłodnego osądu. Odnoszę wrażenie, że wielu komentatorów nazbyt emocjonalnie podeszło do samobójstwa przez samospalenie Piotra S. Najwyraźniej zabrakło dystansu. O ile prawica stara się, co zrozumiałe, nie idealizować śmierci Piotra S., to już po przeciwnej stronie zbyt dużo jest emocjonalnych uniesień, ale i sporów jak na tą śmierć i poświęcenie człowieka zareagować. Zupełnie nieznośna jest rywalizacja na to kto z większym szacunkiem potraktuje Piotra S. i znak jaki chciał nam przekazać.

 

Nie odbieram ludziom moralnego prawa do popełnienia samobójstwa. Trudno mi jednak decyzje Piotra S. zaakceptować pod względem moralnym. Owszem, decyzja o podpaleniu się i pozostawiony list, wskazują iż mieliśmy do czynienia z człowiekiem być może wyjątkowym. Nietuzinkowym. Nawet jeśli jego diagnoza sytuacji jest trafna, to nadal pozostaje najważniejsze trudne pytanie: mieliśmy do czynienia z wyjątkowym poświęceniem  w chwilach zagrożenia demokracji, wolności itd., czy może z działaniem człowieka o bardzo kruchej konstrukcji psychicznej.

Popełnianie samobójstwa pod wpływem napięć społeczno-politycznych  jakie zafundował nam PiS, to moim zdaniem reakcje nazbyt emocjonalna. Sądzę, że Piotr S. utracił możliwość zdroworozsądkowego osądu sytuacji i proporcje jakie powinien był nadać zwykłemu codziennemu życiu i polityce. To drugie uległo najwyraźniej zachwianiu na rzecz polityki, która, co by nie mówić, ma trochę cechy wirtualnego świata. Jak na razie mamy demokrację i wolność wypowiedzi. Żaden wróg nie zagraża krajowi. Nie ma więc powodu do tak symbolicznego aktu jakiego dokonał Piotr S.

Czy w sytuacji takiej jak obecna należy popełniać samobójstwo, czy może działać? Możliwości działania są przeróżne. Od prowadzenia strony internetowej czy agitacji na facebooku,   po działanie w przeróżnych organizacjach. Samobójstwo w tej sytuacji jest formą ucieczki od problemów. Może nawet poddania się. Wydaje mi się, że organizatorzy protestów skierowanych przeciwko polityce PiS, osiągnęli znacznie więcej.

Zwolennicy kreowania Piotra S. na bohatera powinni wykazać grubą ostrożność. Nie znamy przełożenia między chorobą (depresja) na jaką cierpiał Piotr S. a podjętą decyzją. O ile Piotr S. w swoim liście zapewniał, że choroba nie miała wpływu na jego decyzje, to jednak trudno powstrzymać się od pytania czy obecna sytuacja polityczna jest wystarczającym powodem do popełnienia samobójstwa. Sądzę, że nie jest.

Komentatorzy i politycy kreujący Piotra S. na bohatera stawiają się w niezręcznej sytuacji. Czy będą gotowi do obdarzania takim samym szacunkiem każdego człowieka, który odbierze sobie życie z powodu działań partii obecnie opozycyjnych? Za czasów poprzedniej koalicji przez kancelarią premiera również doszło do podpalenia się osoby protestującej. Nie przypominam sobie, by z takim samym szacunkiem komentowano tamte wydarzenie.

 

00:58, kanapowy_obserwator
Link Komentarze (22) »
poniedziałek, 16 października 2017
Protest lekarzy. Widziały gały co brały.

 

W sumie to, rozpatrując wszystkie za i przeciw, jestem po stronie protestujących młodych lekarzy. Wybrali trudny zawód, wymagający ciężkiej pracy w okresie studiów i później. To prawda, że wynagrodzenia rezydentów są nieco za małe. Będziemy też musieli podnieść poziom finansowania służby zdrowia. Nie uciekniemy od tej decyzji. Tak więc i tutaj zgadzam się z protestującymi.

Niemniej mam ochotę na małą uszczypliwość pod adresem protestujących: widziały gały, co brały. Sorry.

Jestem człowiekiem w wieku nieco już powyżej średniego. Pamiętam czasy gdy i ja wybierałem co studiować. Zawód lekarza mnie nie interesował. Inna rzecz, że bym się nie dostał. Jednak tak wtedy jak i teraz, walka o miejsce na studiach medycznych była nieprawdopodobna. Mijały lata, lekarze apelowali o poprawę warunków funkcjonowania służby zdrowia, wzrost wynagrodzeń rezydentów, poprawę warunków pracy, ale chętnych do tego zawodu nie brakowało. Na medycynę nadal walą tłumy. I to tłumy maturzystów z najlepszymi ocenami oraz ci, co nie dostali się w latach poprzednich. Wydawałoby się więc, że wiedzą na co się decydują, bo sytuacja zawodowa lekarzy, w tym rezydentów,  nie jest tajemnicą.

Nie jestem lekarzem i być może nie powinienem się wypowiadać o powodach wyboru tego zawodu. Najwyraźniej jednak w chwili jego wybierania, przyszli lekarze akceptowali stan rzeczy. Niełatwa sytuacja w okresie rezydentury nie była dla nich przeszkodą w wyborze zawodu. Dlaczego?  Chce wierzyć, że część z nich marzy o leczeniu ludzi i wynagrodzenie nie jest dla nich sprawą pierwszorzędną. Sądzę jednak, że wielu ludzi ściągają do zawodu bardzo wysokie niejednokrotnie wynagrodzenia. Najwyraźniej okres rezydentury traktowany jest jako czas wyrzeczeń przed okresem wysokich zarobków.

Uff, ulżyło mi….

 

00:56, kanapowy_obserwator
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 października 2017
Wątpliwa moralność molestowanych pań.

 

Żeby nie było wątpliwości: dla mnie facet molestujący kobiety, to prostak, cham itd. Jest to szczególnie obrzydliwe, gdy wykorzystuje do tego pozycję zawodową czy rynkową. Mowa o Harveyu Weinsteinie, znanym amerykańskim producencie filmowym. Tylko, że facet nie chodziłby tak długo w glorii chwały wielkiego producenta i bez kary za molestowanie, m.in. gdyby nie milczenie wielu kobiet. Można domniemywać, że molestował lub dokonywał prób, również po wydarzeniach sprzed wielu lat, o których wspomniały aktorki.

 

Dlaczego te kobiety milczały i dlaczego niektóre z nich akceptowały molestowanie? Z kilku przekazów wynika, że były  u progu kariery lub współpraca z H. Weinsteinem dawała szansę na jeszcze większą sławę i wszelkie korzyści jakie sława aktorska daje. Bynajmniej nie zamierzam relatywizować i stawiać czynów H. Weinsteina w innym świetle. Moja ocena jego poczynań pozostaje niezmienna. Wątpliwości moralne budzi u mnie postawa niektórych z aktorek, które się z nim zetknęły i doświadczyły molestowania.

Dlaczego dopiero teraz aktorki postanowiły upublicznić swoje doświadczenia? Dlaczego od razu nie powiedziały NIE i z impetem nie zatrzasnęły za sobą drzwi? Obawiały się o swoje kariery i w związku z tym godziły się na molestowanie i/lub ukrywanie przed opinią publiczną i wymiarem sprawiedliwości zachowań Harveya Weinsteina? W takim razie ja mam poważne wątpliwości co do ich podstaw moralnych. Owszem, być może alternatywą dla molestowanych kobiet było zamknięcie drzwi do świata filmu i show biznesu i dozgonne funkcjonowanie w ‘szarym i przeciętnym życiu’, czyli takim jakie prowadzi większość obywateli w USA i w Polsce. Tylko czy to te kobiety usprawiedliwia?? Nie sądzę, by prowadzenie tzw. ‘szarego życia’ było jakąś ujmą.

Pytania można mnożyć. Prawdopodobnie szybsza reakcja pozwoliłaby zmniejszyć liczbę poszkodowanych, bo można domniemywać, że H. Weinstein nie poniechał swojej ‘działalności’ w ostatnich latach.

 

23:35, kanapowy_obserwator
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 02 października 2017
Handel w niedzielę. Wolność wyboru i gospodarka.

Spór o handel w niedzielę automatycznie wywołał dyskusję o wolność wyboru i swobodę prowadzenia działalności gospodarczej. Naturalnym jest, że w dalszej kolejności pojawia się pytanie: o czyjej wolności mówimy i w jakim stopniu mamy prawo lub obowiązek ją uwzględniać. By dodać smaczku dyskusji, część komentatorów i pomysłodawców ograniczenia handlu w niedzielę, powołuje się na argumenty o charakterze religijnym (wolna od pracy niedziela). Czy jest gdzieś tu miejsce na rozsądny kompromis? Może jest.

 

Zawsze przy dyskusji na ten temat zaznaczam: jako nastolatek pamiętam jeszcze czasy tzw. PRL-u, kiedy handel kończył się gdzieś między 13 a 15-tą w sobotę. O ile niedziela bez wizyty w sklepie nie była żadnym problemem, to już zbyt skromne zakupy kończyły się wizytą u sąsiadki z prośbą o ćwiartkę chleba do poniedziałku. No, w rezerwie zawsze mogły być naleśniki. Generalnie tragedia się ludziom nie działa z tego powodu, że nie można było robić zakupów w niedzielę. Uczciwie muszę też przyznać, że wolę pracować w dni robocze i mieć wolny weekend.

W zasadzie sprawa jest prosta: nikt nikomu nic nie każe. Nie ma obowiązku robienia zakupów w niedzielę. Nie ma też obowiązku pracy w handlu. Nieco mnie dziwią apele Kościoła o ograniczenie handlu w niedzielę. Oznacza to, że Kościół nie ma wpływu na wiernych, w związku z czym wolną od zakupów niedzielę chce na nas wymusić. A i tu jest nieco niekonsekwentny, bo handel w miejscach kultu itp. miałby być dozwolony. To trąci lekką hipokryzją.

 Wolałbym, żebyśmy unikali rozciągania pracy na sobotę i niedziele poza profesjami, w których jest to niezbędne. Czyli, wojsko, policja, straż pożarna, służba zdrowia, stacje paliwowe itd. itd. Czy handel też tu zaliczyć? W jakimś stopniu tak. I nie chodzi tylko o artykuły spożywcze. Wielu z nas, z racji godzin pracy i czasu traconego na dojazdy, nie ma czasu na zakupy w tygodniu. Dla niektórych nawet sobota, to może być za mało. Dostęp do marketów w sobotę i w niedzielę, daje więc pewną swobodę.

W handlu jest jeszcze aspekt natury ekonomicznej. Nie jesteśmy jeszcze krajem bardzo bogatym. Wielu z nas wciąż ma problem z utrzymaniem, czy nawet zdobyciem pracy. Handel jest w tym przypadku idealnym miejsce m.in. dla ludzi o mniejszych kwalifikacjach i szukających zatrudnienia na niepełny etat itd. W czasach gdy automatyzacja i internet redukują miejsca pracy, każde miejsce pracy w handlu jest na wagę złota. To wygodne miejsce pracy dla ludzi młodych, którzy nie założyli jeszcze rodziny, jak i dla starszych, którzy nie mają już na pod opieką małych dzieci. Minusem jest wspomniana praca w niedzielę, ale sądzę że wielu z pracujących w handlu jest gotowych pójść na taki kompromis.

Warto też wsłuchać się w racje tych co markety wybudowali i mają w nich swoje sklepy, bary, kawiarnie itd. W jakiej stawiamy ich teraz sytuacji? Sieciom marketów wielkiej krzywdy ograniczenie pracy w niedzielę nie zrobi. Część z nich ma w swoich grupach kapitałowych sieci handlowe różnych kategorii. Od małych osiedlowych sieciówek, po wielkopowierzchniowe markety.

Być może nie ma o co  toczyć sporu i dyskusji. Ograniczenie handlu w niedziele raczej nie spowoduje radykalnych redukcji zatrudnienia, ale szkoda każdego miejsca pracy. Mam na myśli osoby zajmujące się sprzątaniem, ochroną i część personelu handlowego.

Chyba lepszym wyjściem byłoby podniesienie stawki godzinowej za pracę w niedzielę i narzucenie maksymalnego czasu pracy. Podniesienie ‘niedzielnego’ wynagrodzenia miałoby i tą zaletę, że prawdopodobnie jego koszt byłby przerzucony na kupujących.

 

21:38, kanapowy_obserwator
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 września 2017
Billboardowy skandal PFN i managerowie spółek publicznych.

 

Zgiełk wokół Polskiej Fundacji Narodowej (PFN) i tzw. afery billboardowej,  zwrócił moją uwagę na managerów spółek publicznych, które finansują Fundację. Wraz z rosnącą liczbą pytań o zasady finansowania PFN,  wydawania pieniędzy przez spółki publiczne i brak nadzoru nad PFN przez Radę Fundacji (tworzą ją donatorzy), media zaczęły zadawać trudne pytania najwyższym managerom oraz szefom spółek finansujących PFN. Jakim cudem pozwolili na taki skandal i sprzeniewierzenie publicznych pieniędzy? Okazało się, że PFN działa bez jakiegokolwiek nadzoru! Tzn. jest nadzór polityczny.

 

Pytania mediów padają, a obraz jaki się wyłania z odpowiedzi na nie, jest żenujący. Okazuje się, że ludzie których podziwiamy za ambicje, dynamiczne kariery zawodowe i naukowe, niezwykłe doświadczenie i wiedzę, skuteczność w osiąganiu celów…ludzie, ludzie których stawia nam się za przykład i nazywa managerską elitą, są…..zwykłymi, zlęknionymi o własne kariery i wynagrodzenia koniunkturalistami.

Obraz jaki wyłania się z odpowiedzi managerów jest rozczarowujący. Przede wszystkim trzeba zadać pytanie i zmusić do odpowiedzi. Już to nie jest łatwe, bo managerowie firm Skarbu Państwa finansujących PFN, niepytani nie chcą na ten temat rozmawiać.  Ale uciec od problemu się nie da, bo w mediach zaczynają się pojawiać analizy prawne dotyczące wydatków przedsiębiorstw (celowość, zgodność z przedmiotem działania przedsiębiorstwa itd.) i odpowiedzialności szefów firm. W tym,  odpowiedzialności karnej. Początkowo odpowiedzi były zdawkowe, aroganckie i zniechęcające dziennikarzy do kontynuowania rozmowy. Niestety, tzn. na szczęście, media stawiają coraz trudniejsze pytania i zaczynają rozliczają managerów z tego za co managerowie biorą ogromne pieniądze.  Trzeba było zacząć się tłumaczyć. I padają odpowiedzi w stylu: byliśmy przekonani że…, obiecywano nam że Fundacja zrobi to i tamto…, jesteśmy zaskoczeni sytuacją, teraz to wszystko przemyślimy, musimy się zastanowić nad sposobem funkcjonowania i celu działania PFN, zwołamy Radę PFN by dyskutować z władzami Fundacji o zaistniałem sytuacji itd. Wygląda na to, że od samego początku szefowie firm państwowych wiedzieli, i zaakceptowali, że mają przelewać pieniądze na Fundację i o nic nie pytać. Na odwagę nie ma co liczyć. Szefowie firm nie zrobią nic więcej ponad to, na co pozwolą politycy PiS.

Teoretycznie donatorzy mają nad Fundacją pełnię władzy. Po prostu mogliby nawet zaprzestać jej finansowania. Faktycznie zaś, firmy wspierające finansowe PFN, są tylko figurantami.

Przykro się na to patrzy. Komuś tu chyba zabrakło zwykłej, ludzkiej odwagi. A może cywilna odwaga z ambicją i realizacją kariery nie ma nic wspólnego?. Najwyraźniej nie.

 

23:31, kanapowy_obserwator
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 września 2017
Uczone małżeństwo z Białogardu. Ucieczka ze szpitala.

 

Jestem podwójnie zdegustowany historią małżeństwa z Białogardu (ucieczka z dzieckiem z powodu sporów z personelem medycznym o zasady opieki na noworodkiem). Wpierw dwójka młodych ludzi w oparciu o sufitowo-internetową wiedzę medyczną, kwestionuje zasady opieki  nad dzieckiem tuż po porodzie, a potem część opinii publicznej oraz komentatorów i polityków zaczyna swoją sympatię przechylać na stronę tej dwójki młodych ludzi. Ostatecznie decyzja o częściowym i tymczasowym ograniczeniu praw rodzicielskich zostaje uchylona. W efekcie młodzi rodzice czują się na tyle pewnie, że chcą od szpitala zażądać 0,5 mln zł tytułem zadośćuczynienia za doznane krzywdy (wysoko je ocenili). Żeby już finalnie dodać kolorytu i smaku całej sprawie, trzeba dodać, że do dyskusji włączyła się znana ‘autorytet’ z zakresu opieki na nad dziećmi i edukacji, słynna pani Elbanowska. Stanęła po stronie rodziców (co mnie nie zdziwiło).

 

Dla mnie ci młodzi ludzie zachowali się kompletnie nieodpowiedzialnie. Opis stanu noworodka i opieki nad nim, jaki dostarczył szpital oraz lekarze spoza szpitala którzy mieli wątpliwości co do działań tegoż, był spójny. Opieka i działania jakie dostarczył szpital były standardowe. Jedynie część lekarzy z zewnątrz sugerowała, że może należało dłużej negocjować z rodzicami i tłumaczyć im aż do skutku. Być może paru czynności szpital mógł nie wykonywać lub przejściowo się wstrzymać wg opinii lekarzy z zewnątrz, by uniknąć sporu z rodzicami w chwili (tuż po urodzeniu dziecka), kiedy potrzebny jest spokój i poczucie bezpieczeństwa. Tylko pytanie: na czyje ryzyko i odpowiedzialność.

Z jednej strony mieliśmy wiedzę lekarską i świadomość ogromnego ryzyka na jakie jest narażony człowiek tuż po porodzie oraz wieloletnią praktykę. Dodajmy, że praktykę, której nikt do tej pory publicznie nie krytykował. Panowała wręcz do tej pory zasada, że im więcej sprzętu, zabezpieczeń medycznych, skupienia personelu itd., tym lepiej. Wątpliwości  dotyczyły porodów rodzinnych, znieczuleń czy dylematu: rodzić naturalnie czy tzw. cesarką.

 Z drugiej strony wśród ludzi wykształconych i poszukujących wiedzy, zaczęła się pojawiać moda na ‘samokształcenie’, powiem złośliwie, internetowe  m.in. w zakresie opieki poporodowej. Ludzie zaczęli przyjmować jakąś para-wiedzę na równi z tą dostarczoną przez lata praktyki i wiedzy medycznej. Jeżeli coś jest ‘naturalne’, to wszelkie techniczne wyposażenie sal porodowych, szczepionki itd. są ‘be’ i szkodzące. Młodzi rodzice z białogardzkiego szpitali nie zgodzili się na – uznawane do tej pory powszechnie za niezbędnie konieczne – zabiegi medyczne. Dla mnie szok, bo ze strachu o moje dzieci i ich zdrowie, godziłem się na wszystko co tuż po porodzie robili lekarze. Nie wyobrażam sobie zabrania dziecka ze szpitala bez ich zgody.

Młode małżeństwo ryzykowało podwójnie. Tylko, że ryzykowało zdrowiem i życiem dziecka, a nie własnym. Po raz pierwszy w szpitalu i po raz drugi – decydując się na ucieczkę. A co gdyby dziecko miało jakąś chorobę lub ukrytą wadę, która mogłaby być wykryta przez lekarzy dopiero w drugim, trzecim czy czwartym dniu? Naprawdę medycyna ‘naturalna’ warta jest poniesienia takiego ryzyka? Dla mnie to chore.

Owszem, stajemy przed dylematem wolności decyzji rodziców. Do tej pory mało komu przyszło kwestionować dominującą rolę personelu medycznego w chwili porodu i w pierwszych dniach po nim. Teraz nagle rodzice uważają, że mają nawet prawo decydować o podawanych szczepionkach, zabiegach eliminujących lub zmniejszających ryzyko chorób, wad itd. A co jeśli rodzice się mylą? Kto będzie odpowiadał za ewentualną śmierć dziecka lub poważną wadę czy dodatkowe koszty leczenia wynikające z późnego rozpoznania? Czy Ci rodzice byliby gotowi pójść do więzienia za swoje błędy, czy też zrzuciliby odpowiedzialność na personel medyczny?

Jestem pod wrażeniem reakcji szpitala, gdy tylko zauważono, że może być problem z rodzicami. I chyba problem był niemały sądząc z desperacji rodziców (ucieczka i gotowość ryzykowanie zdrowia i życia dziecka) oraz medialnego przekazu ojca dziecka. Niestety młody ojciec jest w przekazie medialnym mocno nierzetelny.

Proszę bardzo, możemy podyskutować o wolności decyzji na porodówce. Pytanie tylko, do jakiego stopnia możemy oddać decyzję rodzicom za swoje dziecko. Skoro wolność decyzji, to i ponoszenie konsekwencji. W takim razie, sympatycy medycyny ‘naturalnej’ i wolności decyzji, powinni określić zasady własnej odpowiedzialności, gdy ich decyzje okażą się fatalne w skutkach dla dziecka.

 

00:34, kanapowy_obserwator
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 września 2017
Małżonkę prezydenta proszę zostawić w spokoju.

 

Od czasu do czasu, ktoś ze środowisk nie sympatyzujących z prezydentem i z PiS ogłasza, że małżonka prezydenta powinna być obecna tu, tam lub gdzie indziej. Tym razem poszło o obecność na Kongresie Kobiet. Cytat z jednego z artykułów z Wysokich Obcasów jest wielce wymowny : „Pierwsza dama po raz kolejny pokazuje, że nie jest ani zaangażowana, ani solidarna. I że Polki nie są dla niej partnerkami.” Opinie o podobnym wydźwięku wypowiadały niektóre z uczestniczek Kongresu i sympatyzujące z nim komentatorki i komentatorzy. Moim zdaniem takie opinie są nieuczciwe i mają wszelkie cechy publicznej zaczepki pod adresem małżonki prezydenta. To jest po prostu nieeleganckie.

Przede wszystkim żona prezydenta nie jest państwowym urzędnikiem, więc nic nie musi. To jaką rolę przybierze u boku prezydenta, jest jej indywidualną decyzją. Wystarczy spojrzeć na program Kongresu i skład uczestniczek, by się domyślić, dlaczego małżonki prezydenta tam nie ma.

Szereg organizacji i uczestniczek Kongresu ma postulaty niejednokrotnie mocno sprzeczne z linią PiS i środowisk konserwatywnych, czyli macierzystego środowiska prezydenta. Niektóre z organizacji i uczestniczek wchodziły już w ostry konflikt z rządem lub publicznie nie ukrywało, że z PiS im nie po drodze. Oczekiwanie więc przybycia małżonki prezydenta było zupełnie nieuzasadnione.

Nie rozumiem zresztą tego uporu organizatorek i uczestniczek Kongresu w domaganiu się obecności Agaty Kornhauser-Dudy. A co jeśli małżonka prezydenta ma inne poglądy i dałaby temu wyraz na Kongresie? Wybuczano by ją tak, jak przedstawiciela rządu rok temu?

Uczestniczki Kongresu zbyt łatwo uzurpowały sobie prawo reprezentacji środowiska kobiet. O ile jestem gorącym przeciwnikiem PiS, to nie mniej niepokoi mnie i śmieszy kreowana przez część kobiecych środowisk swego rodzaju poprawność moralno-światopoglądowa. Chodzi m.in. o środowiska biorące udział w Kongresie.

U osób domagających się obecności prezydentowej jest jakaś dziwna wiara, że prezydentowa poglądami i stylem działania podobna jest do nich. Lub że mają prawo tego od prezydentowej oczekiwać. To przekonanie wynika, jak sądzę, ze zbyt dużego zadufania w sobie części uczestniczek Kongresu.

Wyczuwam też w tym mały polityczny podstęp, oparty zresztą na naiwności. Części środowisk kobiecych wydaje się, że są w stanie naruszyć kościelno-pisowski świat, przeciągając na swoją stronę małżonkę prezydenta. To aż rodzi pytanie do uczestniczek Kongresu czy bez obecności prezydentowej sobie nie poradzą?

Agata Kornhauser-Duda nie jest jak się wydaje osobą, która ma potrzebę szerzej zaistnieć w mediach czy pozostawić ślad po sobie. Może i dobrze. Nie wiem też jakie ma poglądy. Obawiam się jednak, że te poglądy nie są drastycznie odległe od zasad wyznawanych przez jej męża. I co najmniej dlatego, kobiety ze środowisk lewicowo-liberalnych powinny dać jej spokój. Skoro, na przykład, ku rozczarowaniu liberalnych środowisk, małżonka prezydenta nie walczy o prawo do aborcji (co jej wytykano), to zapewne dlatego że nie chce. Koniec, kropka. Inna rzecz, że w wielkim ideologiczno-politycznym sporze jej mąż stanął po stronie konserwatywnej i niemal bezkrytycznie akceptuje (i podpisuje) działania PiS. Trudno więc, by ona stanęła po stronie przeciwnej.

Nie znam szerzej poglądów i cech małżonki prezydenta. Być może mogłaby przybrać rolę ciekawej indywidualności i kobiecego autorytetu u boku męża. Mogłaby przy tym przełamać pewien stereotyp zaangażowanej politycznie konserwatystki jaki stworzyły kobiety takie jak posłanki Pawłowicz, Mazurek i szereg innych. Coś podobnego udawało się małżonce L.Kaczyńskiego, co było miłym i zaskakującym odkryciem nie-prawicowym mediów i polityków przed laty. Obawiam się jednak, że Agata Kornhauser-Duda taką rolą zainteresowana nie jest. I jej wola powinna być uszanowana.

 

01:21, kanapowy_obserwator
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42