RSS
czwartek, 21 września 2017
Uczone małżeństwo z Białogardu. Ucieczka ze szpitala.

 

Jestem podwójnie zdegustowany historią małżeństwa z Białogardu (ucieczka z dzieckiem z powodu sporów z personelem medycznym o zasady opieki na noworodkiem). Wpierw dwójka młodych ludzi w oparciu o sufitowo-internetową wiedzę medyczną, kwestionuje zasady opieki  nad dzieckiem tuż po porodzie, a potem część opinii publicznej oraz komentatorów i polityków zaczyna swoją sympatię przechylać na stronę tej dwójki młodych ludzi. Ostatecznie decyzja o częściowym i tymczasowym ograniczeniu praw rodzicielskich zostaje uchylona. W efekcie młodzi rodzice czują się na tyle pewnie, że chcą od szpitala zażądać 0,5 mln zł tytułem zadośćuczynienia za doznane krzywdy (wysoko je ocenili). Żeby już finalnie dodać kolorytu i smaku całej sprawie, trzeba dodać, że do dyskusji włączyła się znana ‘autorytet’ z zakresu opieki na nad dziećmi i edukacji, słynna pani Elbanowska. Stanęła po stronie rodziców (co mnie nie zdziwiło).

 

Dla mnie ci młodzi ludzie zachowali się kompletnie nieodpowiedzialnie. Opis stanu noworodka i opieki nad nim, jaki dostarczył szpital oraz lekarze spoza szpitala którzy mieli wątpliwości co do działań tegoż, był spójny. Opieka i działania jakie dostarczył szpital były standardowe. Jedynie część lekarzy z zewnątrz sugerowała, że może należało dłużej negocjować z rodzicami i tłumaczyć im aż do skutku. Być może paru czynności szpital mógł nie wykonywać lub przejściowo się wstrzymać wg opinii lekarzy z zewnątrz, by uniknąć sporu z rodzicami w chwili (tuż po urodzeniu dziecka), kiedy potrzebny jest spokój i poczucie bezpieczeństwa. Tylko pytanie: na czyje ryzyko i odpowiedzialność.

Z jednej strony mieliśmy wiedzę lekarską i świadomość ogromnego ryzyka na jakie jest narażony człowiek tuż po porodzie oraz wieloletnią praktykę. Dodajmy, że praktykę, której nikt do tej pory publicznie nie krytykował. Panowała wręcz do tej pory zasada, że im więcej sprzętu, zabezpieczeń medycznych, skupienia personelu itd., tym lepiej. Wątpliwości  dotyczyły porodów rodzinnych, znieczuleń czy dylematu: rodzić naturalnie czy tzw. cesarką.

 Z drugiej strony wśród ludzi wykształconych i poszukujących wiedzy, zaczęła się pojawiać moda na ‘samokształcenie’, powiem złośliwie, internetowe  m.in. w zakresie opieki poporodowej. Ludzie zaczęli przyjmować jakąś para-wiedzę na równi z tą dostarczoną przez lata praktyki i wiedzy medycznej. Jeżeli coś jest ‘naturalne’, to wszelkie techniczne wyposażenie sal porodowych, szczepionki itd. są ‘be’ i szkodzące. Młodzi rodzice z białogardzkiego szpitali nie zgodzili się na – uznawane do tej pory powszechnie za niezbędnie konieczne – zabiegi medyczne. Dla mnie szok, bo ze strachu o moje dzieci i ich zdrowie, godziłem się na wszystko co tuż po porodzie robili lekarze. Nie wyobrażam sobie zabrania dziecka ze szpitala bez ich zgody.

Młode małżeństwo ryzykowało podwójnie. Tylko, że ryzykowało zdrowiem i życiem dziecka, a nie własnym. Po raz pierwszy w szpitalu i po raz drugi – decydując się na ucieczkę. A co gdyby dziecko miało jakąś chorobę lub ukrytą wadę, która mogłaby być wykryta przez lekarzy dopiero w drugim, trzecim czy czwartym dniu? Naprawdę medycyna ‘naturalna’ warta jest poniesienia takiego ryzyka? Dla mnie to chore.

Owszem, stajemy przed dylematem wolności decyzji rodziców. Do tej pory mało komu przyszło kwestionować dominującą rolę personelu medycznego w chwili porodu i w pierwszych dniach po nim. Teraz nagle rodzice uważają, że mają nawet prawo decydować o podawanych szczepionkach, zabiegach eliminujących lub zmniejszających ryzyko chorób, wad itd. A co jeśli rodzice się mylą? Kto będzie odpowiadał za ewentualną śmierć dziecka lub poważną wadę czy dodatkowe koszty leczenia wynikające z późnego rozpoznania? Czy Ci rodzice byliby gotowi pójść do więzienia za swoje błędy, czy też zrzuciliby odpowiedzialność na personel medyczny?

Jestem pod wrażeniem reakcji szpitala, gdy tylko zauważono, że może być problem z rodzicami. I chyba problem był niemały sądząc z desperacji rodziców (ucieczka i gotowość ryzykowanie zdrowia i życia dziecka) oraz medialnego przekazu ojca dziecka. Niestety młody ojciec jest w przekazie medialnym mocno nierzetelny.

Proszę bardzo, możemy podyskutować o wolności decyzji na porodówce. Pytanie tylko, do jakiego stopnia możemy oddać decyzję rodzicom za swoje dziecko. Skoro wolność decyzji, to i ponoszenie konsekwencji. W takim razie, sympatycy medycyny ‘naturalnej’ i wolności decyzji, powinni określić zasady własnej odpowiedzialności, gdy ich decyzje okażą się fatalne w skutkach dla dziecka.

 

00:34, kanapowy_obserwator
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 września 2017
Małżonkę prezydenta proszę zostawić w spokoju.

 

Od czasu do czasu, ktoś ze środowisk nie sympatyzujących z prezydentem i z PiS ogłasza, że małżonka prezydenta powinna być obecna tu, tam lub gdzie indziej. Tym razem poszło o obecność na Kongresie Kobiet. Cytat z jednego z artykułów z Wysokich Obcasów jest wielce wymowny : „Pierwsza dama po raz kolejny pokazuje, że nie jest ani zaangażowana, ani solidarna. I że Polki nie są dla niej partnerkami.” Opinie o podobnym wydźwięku wypowiadały niektóre z uczestniczek Kongresu i sympatyzujące z nim komentatorki i komentatorzy. Moim zdaniem takie opinie są nieuczciwe i mają wszelkie cechy publicznej zaczepki pod adresem małżonki prezydenta. To jest po prostu nieeleganckie.

Przede wszystkim żona prezydenta nie jest państwowym urzędnikiem, więc nic nie musi. To jaką rolę przybierze u boku prezydenta, jest jej indywidualną decyzją. Wystarczy spojrzeć na program Kongresu i skład uczestniczek, by się domyślić, dlaczego małżonki prezydenta tam nie ma.

Szereg organizacji i uczestniczek Kongresu ma postulaty niejednokrotnie mocno sprzeczne z linią PiS i środowisk konserwatywnych, czyli macierzystego środowiska prezydenta. Niektóre z organizacji i uczestniczek wchodziły już w ostry konflikt z rządem lub publicznie nie ukrywało, że z PiS im nie po drodze. Oczekiwanie więc przybycia małżonki prezydenta było zupełnie nieuzasadnione.

Nie rozumiem zresztą tego uporu organizatorek i uczestniczek Kongresu w domaganiu się obecności Agaty Kornhauser-Dudy. A co jeśli małżonka prezydenta ma inne poglądy i dałaby temu wyraz na Kongresie? Wybuczano by ją tak, jak przedstawiciela rządu rok temu?

Uczestniczki Kongresu zbyt łatwo uzurpowały sobie prawo reprezentacji środowiska kobiet. O ile jestem gorącym przeciwnikiem PiS, to nie mniej niepokoi mnie i śmieszy kreowana przez część kobiecych środowisk swego rodzaju poprawność moralno-światopoglądowa. Chodzi m.in. o środowiska biorące udział w Kongresie.

U osób domagających się obecności prezydentowej jest jakaś dziwna wiara, że prezydentowa poglądami i stylem działania podobna jest do nich. Lub że mają prawo tego od prezydentowej oczekiwać. To przekonanie wynika, jak sądzę, ze zbyt dużego zadufania w sobie części uczestniczek Kongresu.

Wyczuwam też w tym mały polityczny podstęp, oparty zresztą na naiwności. Części środowisk kobiecych wydaje się, że są w stanie naruszyć kościelno-pisowski świat, przeciągając na swoją stronę małżonkę prezydenta. To aż rodzi pytanie do uczestniczek Kongresu czy bez obecności prezydentowej sobie nie poradzą?

Agata Kornhauser-Duda nie jest jak się wydaje osobą, która ma potrzebę szerzej zaistnieć w mediach czy pozostawić ślad po sobie. Może i dobrze. Nie wiem też jakie ma poglądy. Obawiam się jednak, że te poglądy nie są drastycznie odległe od zasad wyznawanych przez jej męża. I co najmniej dlatego, kobiety ze środowisk lewicowo-liberalnych powinny dać jej spokój. Skoro, na przykład, ku rozczarowaniu liberalnych środowisk, małżonka prezydenta nie walczy o prawo do aborcji (co jej wytykano), to zapewne dlatego że nie chce. Koniec, kropka. Inna rzecz, że w wielkim ideologiczno-politycznym sporze jej mąż stanął po stronie konserwatywnej i niemal bezkrytycznie akceptuje (i podpisuje) działania PiS. Trudno więc, by ona stanęła po stronie przeciwnej.

Nie znam szerzej poglądów i cech małżonki prezydenta. Być może mogłaby przybrać rolę ciekawej indywidualności i kobiecego autorytetu u boku męża. Mogłaby przy tym przełamać pewien stereotyp zaangażowanej politycznie konserwatystki jaki stworzyły kobiety takie jak posłanki Pawłowicz, Mazurek i szereg innych. Coś podobnego udawało się małżonce L.Kaczyńskiego, co było miłym i zaskakującym odkryciem nie-prawicowym mediów i polityków przed laty. Obawiam się jednak, że Agata Kornhauser-Duda taką rolą zainteresowana nie jest. I jej wola powinna być uszanowana.

 

01:21, kanapowy_obserwator
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 września 2017
Reparacje od Niemców. Kilka porad dla opozycji i mediów.

 

Wydawałoby się, że sztuczne kreowanie zagrożeń ze strony Niemiec i poczucia niewyrównanych krzywd, to już zanadto zgrana i wykpiona płyta w wykonaniu polityków PiS. Ci są jednak niezmordowani. Nie ma się co rozwodzić na tym, o co politykom prawicowym chodzi, bo wywołany przez nich temat jest po prostu absurdalny. Opinie prawników nie pozostawiają praktycznie żadnych wątpliwości: z prawnego punktu widzenia, szanse na reparacje są praktycznie zerowe. Po co więc PiS to robi? Nie mam pojęcia i chyba nie ma sensu dociekać, jakąż to intrygę medialną politycy PiS szykują.

Zabawnie jest od samego początku. Politycy PiS wyskakują z tematem reparacji, prężą muskuły i mówią o wielkich wojennych krzywdach oraz niezapłaconych rachunkach. Od razu wychodzi na jaw, że rząd i PiS nie mają przygotowanej interpretacji prawnych ani wyliczeń strat. Nie wiadomo kiedy wystąpimy (ba! zażądamy!) do Niemiec o podjęcie tematu. Ale zostawmy PiS.

Trochę nie rozumiem postawy opozycji i części mediów. Błędem jest reagowanie argumentem, że żądanie reparacji pogorszy nasze relacje z Niemcami i lepiej tematu nie ruszać. Ja oczywiście ten argument rozumiem, ale dokładnie na to czekali politycy PiS. W ten sposób powstaje sugerowany przez PiS od dawna schemat: PiS odważny i bezkompromisowy, opozycja – pełna lęku i skłonna do ustępstw przed silniejszymi.

Moim zdaniem, opozycja powinna z uśmiechem na twarzy kibicować rządowi i politykom PiS. Oczywiście dla hecy. Ja bym bezwzględnie nalegał na podanie terminów opublikowania ostatecznych opinii prawnych i wyliczeń strat. Następnie publicznie uporczywie bym pytał, kiedy przedstawimy niemieckiemu rządowi swoje oczekiwania i jak daleko gotowi jesteśmy się posunąć by reparacje otrzymać. Rząd powinien przedstawić dokładny kalendarz działań.

Zdarza się, że niektórzy dziennikarze zadają konkretne pytania politykom PiS, ku ogromnemu rozdrażnieniu tych ostatnich. Udają, że nie rozumieją pytań, wiją się i kręcę, aż przykro patrzeć. Ja czekam na kasę z Niemiec.

 

22:57, kanapowy_obserwator
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 sierpnia 2017
Dekomunizowanie gen. Jerzego Ziętka.

 

Nie ma kraju czy regionu, którego historia byłaby tylko czarna lub tylko biała. Podobnie z ludźmi. Od dwudziestu kilku lat mamy tzw. nową Polskę i od czasu do czasu ktoś zachęca nas do uporania się z przeszłością, bo to czy owo go uwiera. Takie przeglądy historii raz są mądre, a czasami są tylko prostacką próbą pisania historii pod bieżące potrzeby danej ekipy politycznej. I tak docieramy do postaci Jerzego Ziętka, który również jest wdzięcznym obiektem do sporów. Tylko, że w tym przypadku IPN, w swojej dekomunizacyjnej akcji, poszedł chyba za daleko.

O J.Ziętku nie będę się rozpisywał. Jego historia, opinie o nim, oceny jego działalności i postawy, zajęłyby zbyt dużo miejsca. Śmiało można sobie przeczytać informacje z Wikipedii czy jedną z dyskusji na które trafiłem (linki pod tekstem). Oczywiście materiałów o nim jest w internecie o wiele więcej. Zachęcam do czytania.

J.Ziętek (1901-1985)  jest niezwykle ceniony za swoje dokonania na Górnym Śląsku, z którym związał niemal całe swoje życie. Już przed wybuchem II WW miał bogate dokonania jako działacz polityczny oraz piastując różne funkcje m.in. w  lokalnych jednostkach samorządowych. Jego legenda powstała w czasach powojennych, gdy piastował szereg wysokich funkcji, w tym wojewody śląskiego. Wspierał rozwój regionu w różnych sferach (przemysł, kultura, nauka, rekreacja itd.), co z biegiem lat przyczyniło się do otaczania go znacznym szacunkiem przez część mieszkańców G.Śląska. U niektórych ten szacunek przerodził się wręcz w kult tego człowieka, co jest być może pewną przesadą , a już na pewno nie ułatwia uczciwej dyskusji o J.Ziętku.

Nowa władza (PiS i środowiska prawicowe) zafundowały nam kolejny przegląd historii. IPN wskazał kto powinien być usunięty z nazw ulic i cokołów. Na liście jest generał J.Ziętek. Powód? „był odpowiedzialny za proces formowania i tzw. utrwalania władzy ludowej na obszarze Górnego Śląska”. Wywołało to spore oburzenie u części mieszkańców Śląska i nawoływania do sabotowania kolejnej już akcji dekomunizacji ulic i pomników.

Cóż, formalnie ocenie zawartej w dokumencie IPN trudno zaprzeczyć. IPN nie posunął się do mocniejszych zarzutów, czyli zarzutu współpracy z tajnymi służbami PRL i ZSRR. A przyznać trzeba, że i takie teorie krążą. Dowodów na nie raczej brak. Wg niektórych wspomnień i teorii, J.Ziętek miał mieć swoją ‘teczką’, ale została ona rzekomo zniszczona na wiele lat przed końcem PRL.

W takim razie, czy fakt ‘bycia’ we władzach jest faktycznie obciążający? A jeżeli tak, to co gdy na drugiej szali położymy zasługi Ziętka dla regionu?

Może i możemy być czarno-biali. Czyli, że nawet jeden grzech wyklucza z grona bohaterów. Ale i tutaj nowa władza nie ułatwia nam życia i wyborów. Politycy i media prawicowe mają niezwykle selektywne podejście do oceny ludzi i zjawisk. Z tzw. dekomunizacji jest szereg wykluczeń. Łagodne potraktowanie ambasadora A.Przyłębskiego czy procedowanie w imieniu  PiS w Sejmie ustaw łamiących Konstytucję itd. przez dawnego aparatczyka z PZPR Stanisława Piotrowicza jest po prostu skandalem i kpiną z dekomunizacji. Wśród działaczy PiS i osób powiązanych, nie brakuje dawnych działaczy PZPR, którzy bynajmniej nie byli szeregowymi członkami partii.

Jedyna na co można się zgodzić, to to by przedstawić listę osób i wydarzeń, których honorowanie pomnikami czy nazwami ulic nie wchodzi w rachubę. Druga lista (jeśli już musi być) powinna obejmować osoby których ocena budzi wątpliwości, ale ostateczną oceną pozostawia się lokalnym społecznościom. Mieszkam na G.Śląsku i dla mnie gen. Ziętek, przy wszystkich wątpliwościach, jest do zaakceptowania. Jego popiersia, pomniki i nazwy ulic mi nie przeszkadzają. Przynajmniej do czasu, kiedy nie znajdą się jakieś nowe, pogrążające generała, fakty.

Być może większy problem mają mieszkańcy niektórych miast z Edwardem Gierkiem (np. rondo jego imienia w Sosnowcu). Przyznam, że i ja się tu waham.  Władze miast zapytały więc mieszkańców i po społecznych konsultacjach utrzymano nazwę ronda. W uzasadnieniu konsultacji społecznych wskazano, że Edward Gierek budzi wiele emocji, ale jednocześnie "jest postacią bardzo zakorzenioną w świadomości mieszkańców". Kolejne pokolenia mają prawo zdecydować inaczej.

 

Linki

https://pl.wikipedia.org/wiki/Jerzy_Zi%C4%99tek

http://katowice.wyborcza.pl/katowice/1,35019,6196454,Za_co_mamy_kochac_generala_Jerzego_Zietka_.html?disableRedirects=true

 

15:53, kanapowy_obserwator
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 sierpnia 2017
W końcu ktoś pomógł Kaczyńskiemu podjąć decyzję o wycofaniu się z miesięcznic.

 

Wygląda na to, że przeciwnicy miesięcznic i media wraz opozycją pomogli J.Kaczyńskiemu podjąć decyzję w sprawie przyszłości miesięcznic. Lider PiS już przy poprzedniej miesięcznicy sygnalizował, że zbliża się kres miesięcznic.

Miesięcznice były kuriozalnym zjawiskiem już od samego początku. Z rzekomo religijnego i poświęconego pamięci ofiar katastrofy wydarzenia, Kaczyński zrobił polityczny spektakl. Tempo Kaczyński narzucił sobie ogromne. Co miesiąc wieczorny pochód i na każdym trzeba było czymś zmobilizować elektorat i starać się powiedzieć coś oryginalnego. Tak się  nie da. I zaczynaliśmy się chyba wszyscy do tego politycznego happeningu przyzwyczajać, a nawet się przy nim ziewać, gdyby nie przejęcie przez PiS władzy. Lider PiS padł ofiarą zachłyśnięcia się władzą, lizusostwa swojego najbliższego otoczenia i własnego uporu.

Musiało minąć niemal dwa lata zanim politycy PiS i Kaczyński zorientowali się, do jakiego ośmieszenia doprowadziła ich pycha i fascynacja władzą. Wpadli w pułapkę, którą sami na siebie zastawili. Zaczęto do miesięcznic demonstracyjnie angażować wojsko (asysta wojskowa). Potem zmieniono przepisy o manifestacjach i zgromadzeniach. A dalej już coraz więcej policji i barierki. Żenada. Z miesięcznic aż biła intelektualna pustka, powtarzanie w kółko tego samego, ciągłe zapowiadanie rzekomej prawdy o katastrofie smoleńskiej.

Trzeba z perspektywy czasu przyznać, że ludzie i organizacje, które starały się zakłócić miesięcznice przyczynili się do porażki prezesa. Demonstracja siły (policja, barierki, wynoszenie demonstrantów itd.) i jej koszty, wizerunkowo okazały się fatalne. Media coraz częściej pokazywały korytarz z barierek dla jaśnie prezesa, setki policjantów i ochroniarzy wokół niego. Nie było ostatnio chyba tygodnia, w którym nie podawano by informacji o rosnących kosztach organizacji i ochrony miesięcznic.

Otoczenie Kaczyńskiego zamiast szybko reagować na pogarszający się wydźwięk medialny miesięcznic, tylko wspierało wodza absurdalnymi pomysłami. Politycy i ministrowie popisywali się w mediach wsparciem dla szefa i jego rzekomej traumy po stracie brata. Brakowało już tylko Macierewicza z deklaracją, że wyprowadzi wojsko w obronie miesięcznic.

Najprawdopodobniej w ostatnich tygodniach prezes PiS dojrzał w końcu do tego, że medialną walkę o moralne uzasadnienie miesięcznic przegrywa i że porażkę trzeba jakoś ukryć. Że kiedyś trzeba będzie tradycję z miesięcznicami przerwać, to J.Kaczyński na pewno wiedział. Ale sam padł ofiarą spektaklu, który rozkręcił. Najwyraźniej Kaczyński w ogóle nie miał racjonalnego pomysłu jak i kiedy zakończyć tradycję miesięcznic. Tym bardziej, że przez lata sugerował iż powód musi być wyjątkowy. Raz miała to być ‘prawda’ o smoleńsku. Innym razem pomniki. Tymczasem okazało się, że politycy PiS ośmieszają miesięcznice i siebie w takim tempie, że szybko trzeba było znaleźć jakiś fakt, liczbę, cokolwiek, by miesięcznice powoli kończyć. No i jest. Przynajmniej na razie. Prezes PiS stwierdził, że ostatnią może być 96 miesięcznica. 96, to liczba ofiar katastrofy smoleńskiej.

96 to tylko 96, czyli jeszcze tylko 8 miesięcznic ( o ile prezes nie zmieni zdania). W tym terminie pomników nie będzie. Nie da się też ustalić jakiekolwiek innej prawdy o katastrofie, bo już ją znamy. Prezes PiS jest w pełni świadomy, że Macierewicz niczego już nie wymyśli, a sondaże dotyczące wyjaśnienia smoleńskiego wypadku stają się dla niego niekorzystne. Gorzej. Sam Macierewicz staje się postacią dla wizerunku PiS i rządu niebezpieczną przez konflikt z prezydentem i nieporadne przeciąganie prac smoleńskiej podkomisji.

Wygląda na to, że jesteśmy świadkami kolejnej pomyłki Wielkiego Stratega. Dynamicznie zmieniająca się sytuacja zaskoczyła J.Kaczyńskiego do tego stopnia, że z nakręcania konfliktu wokół miesięcznic, zaczął łagodzić ton i zapowiadać ich zakończenia.

 

 

01:07, kanapowy_obserwator
Link Komentarze (2) »
środa, 02 sierpnia 2017
I znowu o niemieckich odszkodowaniach i zadośćuczynieniu.

 

To już jest tak nudne i żenujące, że aż kłuje w oczy i uszy. Politycy PIS znowu postanowili zaistnieć ostra krytyką naszego zachodniego sąsiada. Wpierw wiceminister Kownacki w Białymstoku, a teraz minister Macierewicz. B.Kownacki zwrócił uwagę, że z powodu swojej przeszłości, Niemcy nie powinni uczyć nas demokracji. Dosłownie miało to zabrzmieć tak: Dzieci i wnuki zwyrodnialców pouczają nas, co to jest demokracja. Dwa dni później swoje dołożył zwierzchnik B.Kownackiego, A.Macierewicz. Ten uderzył w temat odszkodowań za krzywdy wojenne: Niemcy w tej sprawie jedyne, co mogą zrobić, to próbować zadośćuczynić i spłacać straszliwy dług, jaki zaciągnęli wobec narodu polskiego i wobec ludzkości swoim zachowaniem i to jest jedyne, co mogą zrobić.

Powodów popisywania się pseudo odwagą wobec Niemców jest pewnie kilka. Wśród nich są zapewne: konflikt z UE, rocznica powstania warszawskiego czy artykuły w jednej z niemieckich gazet m.in. o niejasnych powiązaniach A.Macierewicza i B.Kownackiego ze środowiskami prorosyjskimi. Antyniemiecka nuta to też już standard w mobilizowaniu części elektoratu prawicowego i demonstrowania odwagi przed….no właśnie, przed kim?

Jak najbardziej możemy śmiało przyjąć, że rachunek krzywd z Niemcami wyrównany nie jest. Świat nie wypracował jednoznacznych, uczciwych zasad rekompensaty za straty materialne i osobowe w wojnach. To nie jest żadne odkrycie. Tylko, że zachowanie polityków PiS i koalicyjnych jest cokolwiek moralnie wątpliwe.

Przede wszystkim proponowałbym prawicowym politykom by w końcu  powiedzieli Niemcom prosto w oczy: zapłaćcie za krzywdy, zaproponujcie uczciwą rekompensatę, nie będziecie uczyć nas demokracji. Niestety, politycy PiS mówią o rekompensatach i wskazują co im wolno lub nie, kiedy Niemców koło nich nie ma. Kiedy Niemcy są w pobliżu – np. wizyta A.Merkel – politycy PiS są nadzwyczaj grzeczni lub dziwnym trafem zapominają o swoich pogróżkach.

PiS mógł żądać rekompensat czy zakazać Niemcom komentarzy odnośnie o Polsce już od lat. Od dwóch lat PiS rządzi krajem. I też nic? Wystarczy pokazać reprymendy i żądania skierowane pod adresem Niemców. Prosimy o dowody, a nie popisy przed elektoratem. Chętnie poznam skuteczność tego typu akcji.

A dlaczego ograniczać się tylko do Niemców. Skrzywdzili nas również Rosjanie. Dlaczego ostrych słów i żądań nie skierowano oficjalnymi kanałami dyplomatycznymi lub za pośrednictwem mediów w tamtą stronę? Bo Niemcy dobrotliwie nasze fochy przemilczą lub coś grzecznie i dyplomatycznie odpowiedzą? Politycy PiS wiedzą, że Rosjanie raczej nie będą owijać w bawełnę. Mogę strzelić taki komentarz, że nam w pięty wejdzie.

No ale idźmy z tą pogardą i odwagą dalej. Z zapowiedzi inwestycji Mercedesa w Polsce rząd niedawno zrobił niezwykłe show. Min. Morawicki omal się nie rozpłynął od uprzejmości pod adresem Niemców z wdzięczności za ich pieniądze i za to, że Polacy będą mogli stanąć przy taśmach montażowych i popracować dla Niemca. Politycy PiS z dumą powoływali się na niemiecką inwestycję jako potwierdzenie, że zagraniczny kapitał nie omija Polski. Nikt wtedy nie wspominał o zaległych reparacjach czy pretensjach pod adresem Niemców. Amnezja totalna i zgięte z wdzięczności plecy przed Niemcami.

Jeżeli więc politycy PiS i prawicowych partii koalicyjnych chcą nam zaimponować, to proszę śmiało przedstawić Niemcom żądania i postawić sprawę na ostrzu noża, łącznie z ryzykiem stawiania przed międzynarodowymi trybunałami i zerwaniem stosunków dyplomatycznych.

Proszę w końcu wstać z tych kolan.

 

23:26, kanapowy_obserwator
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 31 lipca 2017
M.Rodowicz w Opolu. Może warto było dokonac innego wyboru.

 

Nie lubię kogoś rozliczać za przeszłość. Szczególnie ludzi ze świata kultury i sztuki, którzy stawali w latach PRL  przed trudnymi wyborami. Jedni mówili tamtej władzy twarde ‘nie’, inni  próbowali sobie jakoś ułożyć artystyczne życie. Ludzie nie są winni temu, że ich lata artystycznej pracy przypadały na takie a nie inne czasy. Ale mówimy o artystce, która już ‘nic nie musi’, jest artystycznie spełniona (jak sądzę) i nikt oraz nic jej nie zagraża, tak pod względem artystycznym (mowa o dorobku), jaki i finansowym. Ludzie, w tym oczywiście i M.Rodowicz, mają prawo robić co chcą, tak jak i ja mam prawo do własnych przekonań i komentarza.

 

W ostatnich dniach podano informację, że koncert w Opolu, który nie odbył się w czerwcu, odbędzie się ostatecznie w połowie września. Przypomnę, że koncert nie odbył się w czerwcu, ponieważ władze TVP miały ingerować w skład wykonawców m.in. zaproszonych przez M.Rodowicz, co wywołało sprzeciw części pozostałych i decyzje o rezygnacji. Chodzi m.in. o Kayah, która ma mieć w TV złe notowania za wsparcie kilku manifestacji i protestów wymierzonych w rząd PiS. Jednym z filarów tegorocznego Opola miała być właśnie Maryla Rodowicz. Początkowo miała spory problem z zajęciem jednoznacznego stawiska. Nieco sprzeczne komentarze samej M.Rodowicz ws Kayah i rozmów z TVP, tylko powiększyły rozczarowanie postawą tej pierwszej. Część komentatorów zaczęła się zastanawiać, czy aby M.Rodowicz nie powinna była powiedzieć stanowczo dość i zawiesić współpracę z TVP. Ja pójdę dalej: po całej hecy z Opolem, M.Rodowicz powinna się zastanowić jaką rolę chce pełnić w świecie PiS, a przede wszystkim jej mediów.

PiS po przejęciu władzy zaczął robić rzeczy haniebne w polityce, parlamencie itd. TV publiczna po przejęciu jej przez J.Kurskiego i prawicowych publicystów stała się ordynarnie kłamiącą i manipulującą stacją telewizyjną. Czegoś takiego nie było od czasów zakończenia PRLu. Czy naprawdę M.Rodowicz nie zdaje sobie sprawy, że w przypadku ‘walki’ o Opole, stała się narzędziem nowej władzy pokazującym jej społeczną akceptację? Mam wrażenie jakbym słyszał cynicznego J.Kurskiego: no proszę, pani Maryla jednak dla nas zaśpiewa. Kurski się uparł i wygrał. Opole będzie i Rodowicz też tam będzie.

Pamiętam jak w czasie ‘kryzysu’ festiwalowego w porannej rozmowie w TokFm, jeden z przedstawicieli TVP (dawny prawicowy publicysta)  z kpiną i pogardą odnosił się do Kayah i protestujących artystów. Gardził nimi. Kayah wypomniał udział z koncercie piosenki radzieckiej w Z.Górze, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie w sporze (ech, te prawicowe zaglądanie w teczki i przeszłość). Wg niego, managerowie pozostałych buntowników już po cichu mieli sondować TVP, kiedy buntownicy będą mogli wrócić na ekrany TVP i firmowane przez TVP imprezy. Tenże człowiek okazał i wielką łaskę, bo nie wypomniał przeszłości M.Rodowicz.

Mamy teraz czasy niełatwe, w których ludzie z tzw. świecznika (nieważne, artystycznego czy innego) powinni czasami powiedzieć: dość. Wielkim gwiazdorom TVP nie przeszkadza dla kogo pracują i kogo uwiarygadniają. Szkoda. Z przytupem postawił się m.in. Makłowicz, gdy jego wizerunek TV publiczna postanowiła wykorzystać do uwiarygodniania siebie w spotach reklamowych. TVP zerwała z nim dalszą współpracę ‘za karę’ i ku przestrodze dla innych. J.Kurski zapewne bałby się tak potraktować M.Rodowicz.

Zamieszanie z koncertem opolskim było dobrą okazją by pokazać, czego znana artystka nie akceptuje, lub …. co akceptuje. Przepraszam za wojenny język, ale żyjemy w czasach, w których wypadałoby się opowiedzieć czy jest się za czy przeciw. Część artystów nie ma z tym problemu. Nie dziwi mnie wobec tego, że Wojewódzki bezceremonialnie przypomniał M.Rodowicz, iż już od dawna posuwa się do zbyt daleko posuniętych kompromisów moralnych. Chodzi o słynny komentarz do zdjęcia z Fidelem Castro, „Lata lecą a słabość do groteskowych dyktatorów trwa ;)”. Celny i bolesny strzał.

A może po prostu, M.Rodowicz ma takie a nie inne poglądy polityczne i akceptuje bez problemów to co wyczynia PiS, w tym i w mediach publicznych. Cóż… może ja faktycznie zbyt wiele oczekuje od innych. Jak się okazało, ważniejszy okazał się jubileusz w Opolu dla pani Rodowicz. Każde tłumaczenie jest dobre.

Że się czepiam kobiety? Nie. Po prostu uważam, że czasami trzeba władzy pokazać, że w imię pewnych wartości nie będzie się uczestniczyć w igrzyskach dla ludu, by przysłonić zwykłe draństwo w TVP. 

 

00:22, kanapowy_obserwator
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 lipca 2017
Dzień, w którym PiS się pogubił.

   Za nami dzień obfitujący w niezwykle ważne polityczne wydarzenie. Ale czy ktoś zwrócił uwagę jak fatalnie ten dzień rozegrali politycy PiS? To był chaos, złość, brak dowództwa, polityczne konwulsje, panika, nerwowe narady, zapowiedzi odwetu i walka o utrzymanie straconych pozycji.

  Porażkę trzeba umieć przełknąć i ukryć. A tymczasem w PiS-ie jakby ktoś wyłączył prąd. Zabrakło zasilania i zrobił się chaos. Zaskakujący brak planu B na przeżycie pierwszego dnia porażki i na dalsze procedowanie zmian w SN i KRS, przy których PiS tak bardzo się uparł.

   Poranna decyzja o zawetowaniu dwóch z trzech zmienianych ustaw była zaskoczeniem dla wszystkich. Dla polityków PiS szczególnie. Jak to się stało, że nikt w PiS tego nie przewidział lub nie brał pod uwagę? Moim zdaniem prezydent bronił się przed wizerunkową destrukcją jaką fundował mu PiS tzw. reformą sądownictwa. Mimo, ze uważam tą prezydenturę za nieporozumienie, to nie odmawiam A.Dudzie prawa i umiejętności do podejmowania rozsądnych decyzji. Zmiany ustawowe były procedowane w warunkach łamania prawa i zwykłej przyzwoitości. Politycy PiS poszli na zwarcie ze wszystkimi. Najprawdopodobniej PiS nie przykładał większej wagi do zdania prezydenta. To zresztą częściowo i jego wina, bo przyzwyczaił polityków PiS do tego, że podpisuje wszystko i o każdej porze. Łamanie konstytucji to dla niego pikuś. Mimo wszystko aż dziw, że politycy PiS nie upewnili się czy ostatni element maszynki dobrej zmiany, prezydent, się nie zbuntuje.

   Następnym błędem było nerwowe zjeżdżanie się przed obiektywami kamer do Wielskiego Stratega na Nowogrodzką. Cała Polska widziała te kuriozalne sceny, gdy najważniejsi urzędnicy państwa przyjeżdżali do siedziby PiS po poradę do Guru. Bo? Bo Guru nie miał ochoty jechać do premier Szydło lub do Sejmu czy Senatu na zebranie klubu. Guru bał się podsłuchów, czy nie miał ochoty i odwagi pokazywać się przed kamerami? No więc postanowił, że ośmieszać się będą przed obiektywami kamer najwyżsi urzędnicy państwa i parlamentu, a nie on. 

  Byliśmy świadkami ucieczek przed kamerami, unikania odpowiedzi itd. Bez zalecenia i zgody Guru, nikt nie chciał powiedzieć nawet słowa komentarza. Po wyjściu , to samo. Pozostali politycy PiS wyłapywani przez media lub zaproszeniu do stacji telewizyjnych, nie wiedzieli co mówić lub powtarzali zgrane teksty z ostatnich tygodni. Z efekcie, z rozpędu i bezradności, robili z prezydenta przeciwnika, który wsparł tzw. układ i przeciwników zmian w sądownictwie.

  Rozgrywanie tych kompromitujących scen przed kamerami telewizyjnymi, było fatalnym błędem wizerunkowym. Należało  połączyć się za pomocą wynalazków telekomunikacji, bez opuszczania swoich siedzib i ustalić jak w miarę spokojnie przeżyć dzień bez okazywania paniki i zaskoczenia. Należało przygotować komunikat o różnicach między prezydentem i PiS na tyle poważnych, że podjęto decyzję o odroczeniu reform i zmianie strategii.

   Zamiast tego, do prezydenta wybrała się cała wycieczka próbując coś jeszcze wynegocjować. Ale dzisiaj, to prezydent miał przewagę. Ruch był po jego stronie. Z niesmakiem, i znowu przed
obiektywami kamer, premier Szydło z marszałkami odjechała z niczym i przy skwaszonych minach z pałacu prezydenckiego.

   Szamotanina w PiS trwała do wieczora. Skoro do tego czasu nie było komunikatu dla mediów i suwerena, to należało go zapowiedzieć na dzień kolejny. Emocje są złym doradcą. Niestety,
ale w PiS przeważyły. W efekcie zobaczyliśmy coś na kształt rywalizacji o to, kto szybciej pojawi się w naszych odbiornikach telewizyjnych ze swoją wersją przekazu. Prezydent czy premier Szydło. Kłótnia w rodzinie na oczach całego kraju. Cyrk po prostu.

   Orędzie premier Szydło to  pasmo złości, zapowiedzi uporu w zmianach sądownictwa, docinków pod adresem prezydenta oraz tradycyjnych banałów i manipulacji serwowanych suwerenowi. Wypowiedź nieprzemyślana, która przysporzy tylko kolejnych wizerunkowych kłopotów. Jak premier Szydło chce po raz kolejny pisać te same ustawy, skoro prezydent powiedział, że tej wizji zmian w SN i KRS nie akceptuje? Sądzę też, że docinki o konsultacjach z filozofami itd. prezydent na długo zapamięta.

08:47, kanapowy_obserwator
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 10 lipca 2017
Kaczyński, bohater ukrywający się za plecami policjantów i ochroniarzy.

 

A jednak obywatelski sprzeciw zaczyna przynosić efekty. W rywalizacji o dostęp do Krakowskiego Przedmieścia, J.Kaczyński wygrywa tylko pozornie. Dzisiaj nie mieliśmy do czynienia z pokazem siły i sprawności państwa ‘dobrej zmiany’. Zobaczyliśmy, jak bardzo jeden zacietrzewiony polityk jest w stanie podporządkować sobie państwo tylko po to by postawić na swoim i pokazać, że może wszystko. Niestety racji moralnych nie udowadnia się liczbą wyprowadzonych na ulicę policjantów i setkami metrów barierek.

Zamiast starcia z przeciwnikami, zobaczyliśmy korytarz z barierek i policjantów liczbą dorównujących uczestnikom miesięcznicy. Zobaczyliśmy lidera PiS, który próbował zapozować na twardziela. Tylko, że ten niby-twardziel chroni się za coraz liczniejszymi ochroniarzami, politycznymi lizusami, setkami policjantów i metalowymi barierkami, które za niedługo sięgną jego domu na Żoliborzu. Tego dnia oponentami byli manifestanci na czele m.in. z W.Frasyniukiem.

Miesięcznice stają się coraz droższe i coraz bardziej angażują państwo. Policja zmuszona została do podania kosztów ochrony Kaczyńskiego w trakcie miesięcznic. Koszty rosną. Do tego dochodzi ochrona prywatna, która dzisiaj, z powody niezwykłej swobody, była wyjątkowo widoczna. Inna rzecz, że panowie z ochrony Kaczyńskiego lubią być widoczni, i być może tego się od nich oczekuje.

Kaczyński wiele do powiedzenia nie miał. Dało się jednak dostrzec pewną zmianę akcentów. J.Kaczyński zaczyna wskazywać warunki zakończenia miesięcznic. Dziś już nie akcentował tak mocno prawdy o wybuchu, ale wspomniał o postawieniu pomników jako jednym z warunków zakończenia zwyczaju z co miesięcznym manifestowaniem na Krakowskim przedmieściu. Media komercyjne i ich komentatorzy, brutalnie obnażają cynizm Kaczyńskiego i całą groteskowość miesięcznic.

Miesięcznice stają się obciążeniem wizerunkowym PiS i Kaczyńskiego. I Kaczyński coś z tym będzie musiał zrobić.

Ruch przeciwko uprzywilejowaniu miesięcznic i ich zakłamaniu, staje się coraz bardziej skuteczny. Sądzę, ze pojawienie się na protestach W.Frasyniuka oraz grup dawnych opozycjonistów stanowi dla PiS nie lada orzech do zgryzienia. Jeżeli jeszcze pojawi się L.Wałęsa, to już będzie poważny problem. Dlatego zapewne barierkami i siłami policji zawczasu zabezpieczono miejsce przemarszu Kaczyńskiego i uczestników miesięcznic. A więc jednak PiS się wystraszył.

 

23:16, kanapowy_obserwator
Link Komentarze (5) »
niedziela, 02 lipca 2017
Płaski brzuch żony znanego piłkarza.

 

Przepraszam. Wiem, że temat już zszedł z pierwszych stron tabloidów, ale bardzo mnie kusiło rzucić kilka refleksji w temacie. Może ktoś powiedzieć, co mnie obchodzi płaski brzuch po miesiącu od urodzenia dziecka znanej żony, jeszcze bardziej znanego piłkarza. Nie jestem kobietą, nie urodziłem dziecka, i – co uczciwie przyznaje – mój brzuch nie jest płaski. Zapewne nie należę też to grupy targetowej Anny Lewandowskiej. Można by więc zapytać, co mnie to obchodzi? Mamy wolność słowa, stąd pozwolę sobie na kilka refleksji, tym bardziej, że pochwalenie się płaskim brzuchem krótko po porodzie wywołało sporo kontrowersji. I chyba słusznych. Sądzę, że wiele kobiet jest w stanie się zgodzić z tym co niżej piszę. Może nie będą to kobiety z grupy tych najmłodszych, zafascynowanych wyglądem, ale tym jestem w stanie wybaczyć, z racji ich młodego wieku.

 

Podstawowy błąd Anny Lewandowskiej polegał nie na pokazaniu płaskiego brzucha po porodzie, tylko na tym, że zrobiła to dość szybko, bo już po miesiącu. Ciąża i poród dla kobiety to dość ciężkie doświadczenie. Zmienia się wtedy organizm, w tym i jego zewnętrzny wygląd. Zdarza się, że trwale. Potrzeba miesięcy, żeby organizm (ciało)  kobiety doszedł do sprawności i wyglądu jak sprzed ciąży. Pokazanie płaskiego brzucha już po miesiącu, to niezłe wyzwanie dla innych kobiet. Tym bardziej, że wg niektórych mniej czy bardziej fachowych portali, trzeba grubo dłuższego czasu na odzyskanie tak idealnego wyglądu po porodzie. Obrońcy A.Lewandowskiej używali argumentu, że na taki wygląd pracowała m.in. w czasie ciąży.

W naszej obyczajowości (popartej medyczną wiedzą), okres ciąży i pierwsze miesiące po porodzie, to okres gdy najważniejsze jest zdrowie dziecka i opieka nad nim. Dla kobiety to okres szczególny, bo musi ona niemal całkowicie podporządkować swoje życie dziecku. Wygląd, odchudzające diety itp. schodzą na plan dalszy. Bywa, że nadmierny ruch jest niemal niewskazany w powodów medycznych w okresie ciąży. Kobiety różnie przechodzą okres ciąży. Niektóre mocno przybierają wtedy na wadze, ponieważ organizm daje mnóstwo sprzecznych sygnałów. Tą nadwagę trzeba powoli zbijać po porodzie.

Dziecko tuż po narodzinach jest tak angażujące, że kobiety pozbawione pomocy w postaci babć, nań itd., raczej nie mają czasu na jakąkolwiek gimnastykę. Inna rzecz, że początkowo (po porodzie) jest to po prostu niewskazane, m.in. ze względu na gojące się rany czy nadwyrężony porodem organizm. Być może Anna Lewandowska zapomniała, że nie wszyscy żyją w tak komfortowych warunkach jak ona.

Bycie fit już miesiąc po porodzie, to niepotrzebne sugerowanie, że dla kobiety szczupła sylwetka, to szczyt marzeń i ideał do którego należy dążyć. Pojęcie zdrowie, wcale nie musi oznaczać bycie fit. Warto o tym pamiętać.

Ideał doskonałego kobiecego ciała, promowany przez A.Lewandowską, mimowolnie wpisuje się w presję części społeczeństwa i mediów, które kobietę oceniają przez pryzmat tego ideału. W presję ideału, gdzie kobieta sprowadzona jest do idealnego ciała. A.Lewandowska, wierzę że niezamierzenie, wpisała się w to oczekiwanie: fit bez względu na wszystko. Nawet ciąża i poród nie może przeszkodzić w byciu fit. Kobieta ma być fit, po ośmiu godzinach pracy, fit po pracy w domu, fit w trakcie ciąży i fit  w miesiąc po porodzie.

Teraz A.Lewandowska chętnie odkrywa swoje szczupłe ciało. Jej wielbicielki zapominają, że z biegiem lat ta sama Anna, powoli przestanie to robić. Po czterdziestce (ba, zapewne szybciej!)  A.Lewandowska nóg i brzucha już nie pokaże. Nawet jeżeli, to w niezbyt opiętym sportowym ubraniu. Co wtedy będzie chciała przekazać swoim wielbicielkom? Że zdrowie to nie tylko idealna sylwetka, a kobieta to nie tylko ciało?

Sugerowanie, że można być fit  w miesiąc po porodzie, to schlebianie zgubnemu spojrzeniu na ciało kobiety, jakie wyznaje spora część mężczyzn i, o zgrozo, część kobiet. Żyjemy w świecie, gdzie ciąża, poród i karmienie dziecka są oceniane m.in. przez pryzmat wpływu na sylwetkę. To chore.

Anna Lewandowska powinna pamiętać, że stając się w pewnym sensie osobą publiczną, a dla niektórych autorytetem, ma wpływ na poglądy i postawy tysięcy ludzi, w tym młodych kobiet. Warto się więc zastanowić, co ma się do przekazania światu.

 

21:51, kanapowy_obserwator
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42